Jezioro Inle

Czas znaleźć łódkę …

W Nyang Shwe żegnamy się z ekipą z trekkingu i udajemy się do naszego hostelu – The Green Valley Inn. Tam zostajemy przywitani herbatą i lokalnymi przekąskami. Po zakwaterowaniu idziemy przejść się po miasteczku w poszukiwaniu łódki, którą mamy zamiar zwiedzić jezioro. Chcemy dostać się w mniej turystyczne miejsca na Inle, więc potrzebujemy prywatnego transportu. Zaczynamy od odwiedzenia kilku agencji, ale ceny okazują się dość wysokie. I to nawet za standardową wycieczkę. Niezniechęceni kierujemy się na nadbrzeże. Tam zaczepiają nas miejscowi naganiacze oferujący swoje usługi. Ceny są bardzo zróżnicowane, więc trzeba trochę popytać. Nam udaje się zarezerwować łódkę od 6:30 rano, aż do zachodu słońca. Koszt wynajmu wynosi 25000 kyatów.

… i popłynąć po jeziorze

Po raz kolejny wstajemy wcześnie rano i ruszamy na podbój jeziora. Na wodzie nie ma jeszcze wielu łódek, jesteśmy jednymi z pierwszych turystów. Najpierw mijamy tutejszych rybaków, którzy pozują do zdjęć jakiejś parze. Na razie jednak nie zatrzymujemy się, gdyż nie chcemy płacić za pozowane zdjęcia.

Płyniemy spokojnie przy wschodzącym słońcu, które powoli zaczyna oświetlać góry i taflę jeziora. Aż tu nagle, z łódki wyskakuje do wody szczur. Trochę zaniepokojeni sytuacją zaczynamy oczami szukać kolejnego. Nogi automatycznie podnoszą się do góry. Za to nasz sternik zdaje się nie zauważać tego małego epizodu i płynie sobie beztrosko dalej.

Transport towarów po jeziorze Rybacy przy pracy

Pierwszym punktem postojowym jest fabryka tworzenia srebra. Chociaż wcześniej zapowiadaliśmy, że nie chcemy oglądać miejsc tego rodzaju.. No ale niech będzie, jedną możemy zobaczyć. Jeden z pracowników chce nam pokazać jak się wykuwa srebro i szybko zaczyna stukać młotkiem, mimo tego, że wszystkie piece ma zgaszone. Kolejna osoba opowiada o procesie tworzenia biżuterii i stara się sprzedać swoje wyroby. Przejście całości nie zajmuje nam zbyt wiele czasu. Chcemy zdążyć na pływający targ zanim pojawią się na nim tłumy turystów.

Targ na jeziorze

Wracamy do naszego sternika i widzimy jego niezadowoloną minę. Nie zdążył jeszcze wypić herbaty w spokoju i poplotkować ze znajomymi. Pytamy go o targ, ale zdaje się nie rozumieć po angielsku. No to pięknie! Już widzę jak będziemy się z nim dogadywać cały dzisiejszy dzień. Z opresji wybawia nas jakiś inny młodzieniec, który informuje nas, że nie ma tu pływającego targu. Ale za to jest normalny.

Lokalny targ Jedna z przypraw na targu Produkty spożywcze sprzedawane na targu

Czując się zawiedzeni, udajemy się we wskazane miejsce z lekko skwaszonymi minami. Szybko mijamy kolejne stragany na których rozkładane są różnego rodzaju pamiątki, głównie podobizny Buddy, torebki i biżuteria. Jednak po przejściu pierwszych kilkudziesięciu metrów, trafiamy na właściwy targ, który okazuje się być bardzo klimatyczny.

Lokalni mieszkańcy robią tu zakupy spożywcze, głównie owoce i warzywa, ale również mięso, ryby, przyprawy itp. Udaje się nam nawet wypatrzeć kobiety z plemienia Karen z obręczami na szyjach. Powoli targ zaczyna zapełniać się turystami, ubywa zaś lokalnych mieszkańców. My również postanawiamy ruszać w dalszą drogę. Naszym kolejnym celem są usytuowane w górze rzeki pagody Shwe Indein.

Kobiety z plemienia Karen również odwiedziły lokalny targ

Pagody Shwe Indein

Nasz sternik wysadza nas na brzegu rzeki i wskazuje kierunek marszu. Na mapie udaje nam się sprawdzić odległość do świątyni – około 1km. Po raz kolejny chwalimy w duchu cud techniki jakim jest smartfon i narzekamy na naszego przewoźnika. Żeby tak zostawiać turystów i niech sobie sami radzą?

Do kompleksu świątynnego prowadzi długi tunel. Przy wejściu stoi uprzejmy jegomość, który kieruje nas we właściwe miejsce. Jednocześnie pobiera opłatę za sprzęt fotograficzny – 500 kyat. Prawdopodobnie, gdybyśmy aparat mieli schowany w plecaku udałoby się uniknąć płacenia. Tunel okazuje się być idealnym miejscem do rozstawienia straganów wypełnionymi pamiątkami. Na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że większość sprzedawców jeszcze nie rozłożyła swojego towaru, ale i tak musimy kilkakrotnie grzecznie odmówić zakupu podobizny Buddy, szalika czy longyi. My po prostu chcemy przedostać się do świątyni.

Pagody wyglądają bardzo sympatycznie. Miejsce jest bardzo spokojne, zwłaszcza gdy nie ma innych ludzi i można samotnie kluczyć między poszczególnymi budowlami. Jedynym minusem są grupy bezpańskich psów błąkające się po okolicy. Otwarcie plecaka powoduje, że całkiem spora ich grupa materializuje się koło nas licząc na jakiś smaczny kąsek. Niestety muszą obejść się smakiem, a my wycofujemy się na bezpieczniejszy teren.

In Dein Statuetka Buddy w In Dein

Wracamy powoli do naszego sternika i wsiadamy na łódkę. Trzeba przyznać, że młodzik dość dobrze nią operuje. Bardzo sprawnie mieści się na zwężeniach wyznaczonych palikami na rzece, płynąc cały czas z pełną prędkością. Ruch na rzece jest już większy, w stronę Shwe Indein płynie bardzo dużo łódek. My cieszymy się, że udało nam się tam zdążyć przed tym porannym turystycznym szczytem.

Fabryki na jeziorze Inle

Sternik informuje nas swoim łamanym angielskim, że płyniemy do kolejnej fabryki. Tym razem będzie to produkcja tkanin z bawełny, jedwabiu i kwiatów lotosu. Znowu turystyczna pokazówka i sklep, gdzie nie mamy zamiaru nic kupować. Następnym punktem jest fabryka tytoniu.. Wszelkie próby sprzeciwu spełzają na niczym. Próbujemy powiedzieć, że może nie do fabryki, że wgłąb kanału do wioski, ale nie, tam nie możemy płynąć. Generalnie nie da się porozumieć, a my już jesteśmy zmęczeni. Zapytani czy jesteśmy już głodni odpowiadamy, że jeszcze nie, na razie możemy jeszcze popływać. No to płyniemy do świątyni Phaung Daw Oo. Budynek taki sobie, ale oczywiście możemy kupić pamiątki. Zniechęceni wracamy do łódki. Miało być mało turystycznie, a zamiast tego mamy standardową wycieczkę, może tylko z drobnymi modyfikacjami.

Kobieta szyjąca chustę Fabryka tytoniu

Dalsza podróż – wioski na wodzie, pływające ogrody i monastyr skaczących kotów

No to płyniemy dalej. Tym razem do monastyru skaczących kotów. Po drodze wpływamy do jednej z wiosek na jeziorze. Widzimy domy, słupy elektryczne ustawione wzdłuż szlaków wodnych, ludzi zajmujących się praniem czy myciem naczyń. Staramy się uchwycić jak najwięcej. Następnie dopływamy do ogrodów na wodzie. Mieszkańcy hodują tu warzywa – ogórki, pomidory itp. Widzimy jak jedna łódka ciągnie za łódką ziemię na sznurku. Niestety nasz przewodnik nie bardzo jest nam w stanie wytłumaczyć co oni właściwie transportują. Za to zbiory podobno wykonuje się z łódki, pływając wąskimi kanałami. Następnie dopływamy do monastyru. Jest on zbudowany z drewna tekowego, również wywiera na nas bardzo dobre wrażenie. Koty nie skaczą, za to leżą sobie leniwie w plamie słońca.

Wioska na jeziorze Inle Pływające ogrody na jeziorze

„Ostatni” punkt programu

Nadal jest dość wcześnie, a nam zostało tylko jedno miejsce do zobaczenia. Już wiemy, że raczej nie mamy co liczyć na jakieś negocjacje w sprawie odwiedzanych miejsc, ale jakoś trzeba sobie zagospodarować czas do zachodu słońca. Zatem pora na lunch! Mówimy o tym naszemu sternikowi i widzimy, że jest wyraźnie zadowolony. Myślimy, że przegoniliśmy biednego chłopaka cały dzień bez jedzenia to teraz sam pewnie jest głodny. Ładujemy się na łódkę i płyniemy. Po jakimś czasie nabieramy podejrzeń, że nie płyniemy w kierunku żadnej restauracji tylko na środek jeziora, gdzie znajduje się  opuszczony pensjonat Inleh Bo The. Czyli jednak najpierw ostatni punkt programu, a potem jedzenie. Kiedy dopływamy do celu, sternik mówi coś o restauracji i jedzeniu. Idziemy zatem sprawdzić. Może jednak to miejsce nie jest opuszczone. Okazuje się jednak, że po restauracji został tylko napis, jakieś stoły i krzesła. A zjeść to tu można, owszem. Tylko, że przekąskę – chipsy lub ciastka. My jednak jesteśmy głodni i potrzebujemy normalnego posiłku. Ciężko będzie tu wysiedzieć jeszcze 2 godziny z pustym żołądkiem. Kilku mieszkańców siedzi przy piwie i gra w jakąś grę. Staramy się im nie przeszkadzać i wracamy do naszej łódki. I tu się okazuje, że to koniec wycieczki i mamy wracać do miasta. Widzieliśmy już wszystko, obiad był, no to koniec. Staramy się wytłumaczyć sternikowi, że z jego szefem ugadaliśmy się inaczej. Mieliśmy zostać do zachodu słońca i obejrzeć powrót rybaków do domu. A tu nawet 15 nie ma, a już mamy kończyć.

Niestety trafiło na upartych. Stwierdzamy, że możemy popłynąć do najbliższego brzegu gdzie coś zjemy, albo siedzimy tu gdzie jesteśmy i czekamy na zachód słońca. Mina naszego sternika bezcenna 🙂 Czyli jednak coś rozumie po angielsku jak już zostanie przyparty do ściany. Wobec takich argumentów pozostaje tylko telefon do przyjaciela… albo do szefa. Dzwoni i informuje nas, że popłyniemy do brzegu. Tam jest jakaś restauracja i nawet jakaś świątynia na wzgórzu. Zjemy, przejdziemy się i wracamy. Nie czekamy do zachodu. -Zgoda? -No jasne, że tak!

No to wysadza nas na stałym lądzie, informuje gdzie mamy iść, a sam zostaje w łódce. No cóż, zagospodarowanie 2-3 godzin w tym przypadku nie stanowi najmniejszego problemu. Znalezienie odpowiadającej nam restauracji, czekanie na jedzenie, potem dojście do pagody znajdującej się na wzgórzu sprawia, że czasu nawet zaczyna nam trochę brakować. Kiedy wracamy do łódki młodzik nie wygląda na zbyt szczęśliwego. Ale jest tak miły, że nawet zatrzymuje nam łódkę, żebyśmy mogli w ciszy podziwiać zachód słońca nad jeziorem. I nawet jakiś rybak się pojawia 🙂

Nasz wywalczony lunch :) Przystań na jeziorze Rybak pozujący do zdjęć w czasie zachodu słońca

Nasze przemyślenia dotyczące wycieczki łódką po jeziorze Inle

Płacimy sternikowi, dodatkowo dorzucamy 1000 kyat, za to, że wykazał się na koniec anielską cierpliwością. Może to nie dużo, ale z drugiej strony sami czujemy się trochę oszukani. Problem z takimi wycieczkami polega na tym, że nie rozmawiamy bezpośrednio z osobą sterująca łódką, a naganiacze jak to naganiacze – potrafią sprzedać wszystko. Później okazuje się, że nasz „przewodnik” po angielsku zna kilka podstawowych zwrotów i nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się nic ciekawego o miejscach, które widzimy, o negocjacji trasy zwiedzania już nie wspominając. Mimo wszystko uważamy, że warto wziąć taką wycieczkę. Chociażby dla tych kilku autentycznych chwil na jeziorze 🙂

Jak chodzi o fabryki to wytwórnia tkanin okazała się być dosyć interesująca. Inne zakłady moglibyśmy bez większego żalu pominąć. Jest to oczywiście subiektywne odczucie i wszystko zależy od indywidualnych preferencji.

Rowerem po okolicy

Tereny wokół jeziora można również oglądać z rowerowego siodełka.  Nasz drugi dzień w tym miejscu postanawiamy spędzić właśnie w ten sposób. Znajdujemy wypożyczalnię, gdzie cena za 2 rowery wynosi 3000 kyat. Jeszcze szybki test sprawności sprzętu i w drogę!

Naszym pierwszym celem jest kompleks świątynny położony już za terenem Inle. Znajduje się tu monastyr wybudowany z drewna tekowego oraz pagoda, gdzie znajduje się bardzo dużo malutkich statuetek Buddy. Całość wyróżnia się w stosunku do świątyń, które do tej pory udało nam się zobaczyć. Warto tu przyjechać jeśli ma się trochę wolnego czasu.

Statuetki Buddy wewnątrz pagody Shwe Yan Bye Wnętrze pagody Shwe Yan Bye

Następnie jedziemy do jaskini położonej za samym miastem. Trasa jest dość długa i trzeba dużo pedałować pod górkę, ale warto. W samej świątyni znajdują się setki posążków Buddy. Na miejscu pojawia się samozwańczy przewodnik, który postanawia nas oprowadzić. Dzięki niemu dostrzegamy kilka ciekawostek, których sami pewnie byśmy nie zauważyli, w tym ogromne ćmy i sporych rozmiarów pająka.

Powoli wracamy do miasteczka. Po drodze mijamy malownicze tereny wokoło jeziora. Przejeżdżamy koło kilku niezbyt interesujących świątyń, obserwujemy dzieciaki wracające ze szkoły. Jakaś grupka nawet pływa i nurkuje w jeziorze. Na wodzie panuje spory ruch. Większość turystycznych łódek wraca już do przystani. Na nas też już czas. Przed sobą mamy jeszcze nocną podróż autobusem do Mandalay.

Tereny wokół jezioraPierożki :)

 

Powiązane posty

Powrót do góry strony