Niah Caves

Plan na dziś to dostać się do Niah Caves. Sprawdziliśmy, że są dostępne wycieczki przez biuro podróży, ale postanowiliśmy dostać się tam na własną rękę, żeby zaoszczędzić trochę pieniążków. Cena w hostelu to 180RM od osoby za transport i wejście, ale latarki i inne rzeczy są płatne osobno. Zobaczymy, czy się to opłaci. Czasowo pewnie nie, ale na wadze portfela już może się odbić.

Jemy w hostelu śniadanie, które jest wliczone w cenę. Tak samo jak w Kuching, mamy do wyboru tosty i różne rodzaje dżemów. Do tego herbata/kawa. Gdy już się najedliśmy, szybko się pakujemy i udajemy się na poszukiwanie transportu do Niah Caves.

Jak dostać się do Niah?

Pytamy ludzi na ulicy, gdzie możemy znaleźć jakiś autobus, żeby dostać się do Niah. Najprostszym sposobem okazało się złapanie miejskiego autobusu w kierunku Boulevard Shopping Mall. Stamtąd odjeżdżają autobusy do Niah. Łapiemy szybko autobus. 1,4RM od osoby za jednorazowy bilet. Kierowca pyta nas gdzie chcemy się dostać i mówi, że pokaże nam, który to przystanek. Jak zwykle pokazuje się tutaj uprzejmość Azjatów:D Po kilku minutach dojeżdżamy pod centrum handlowe. Kierowca mówi, że to już tutaj i żeby zapytać o dalsze szczegóły na stacji benzynowej.

Przechodzimy mostkiem na drugą stronę ulicy i udajemy się na stację paliwową Petronas. Tam pani informuje nas, że trzeba obejść stację i potem 2 razy w prawo. Tam znajduje się dworzec autobusowy. Z trafieniem nie mamy większych problemów. Znajdujemy autobus, który zabierze nas do Niah junction, skąd można dostać się do jaskiń. Kurs kosztuje 12RM od osoby, odjazd za 20 minut.

Przy dworcu autobusowym znajduje się też targ, na którym kupujemy na drogę jakieś owoce, żeby nie umrzeć z głodu. Starsze panie jak zwykle bardzo miłe i pozwalają nam skosztować zanim kupimy. Kupujemy 2 rodzaje owoców i wsiadamy do autobusu. Trzeba przyznać, że autobus jest pierwszej klasy. Skórzane, bardzo wygodne siedzenia, dużo miejsca na nogi, klimatyzacja:)

Podróż trwa około 1h45min. Po przyjeździe na Niah junction sprawdzamy godziny odjazdu autobusów do Miri. Okazuje się, że jeżdżą bardzo często. Pan w kasie mówił, żeby nie zwracać uwagi na rozkład, bo można złapać autobus do Miri co mniej więcej pół godziny.

Niah junciton i szukanie transportu do jaskiń

Samo Niah junction to w zasadzie duży targ i kilka budynków mieszkalnych. Raczej nie ma tam nic do zwiedzania, więc przystępujemy do szukania transportu do jaskiń. Stoi tam cała masa samochodów terenowych, ale kierowców nigdzie nie widać. Znajdujemy ich na targu. Jeden z nich mówi nam, że cena za kurs do parku to 30RM w jedną stronę, 50RM tam i z powrotem. Tu niestety pokazała się trochę nasza polska mentalność…

W papierowym przewodniu. który przywieźliśmy ze sobą z Polski, jest napisane, że kurs kosztuje 20RM. Staramy się targować z kierowcami, ale żaden z nich nie chce zejść z ceny. Jeden z kierowców mówi nam, że nikogo taniej nie znajdziemy.  Ale jeśli w przewodniku jest napisane, że można taniej, to szukamy dalej. Wszyscy, których pytamy o transport do Niah Caves kierują nas w stronę targu, do tych samych kierowców, u których byliśmy wcześniej. Po pewnym czasie rezygnujemy z dalszych poszukiwań i wracamy do kierowcy, u którego byliśmy na początku. Kupujemy kurs tam i z powrotem. Kierowca chce 50RM płatne z góry. Daje nam numer telefonu, na który mamy zadzwonić, gdy będziemy chcieli już wrócić. Stwierdza, że nie będzie czekał tam na miejscu, bo może tutaj znaleźć w międzyczasie innych klientów. Zastanawiamy  się czy to nie podstęp i czy faktycznie później po nas wróci? Mimo wszystko zgadzamy się. Wsiadamy do dużego, terenowego samochodu i jedziemy w kierunku parku. Droga w jedną stronę zajmuje nam około 20 minut.

Na miejscu dogadujemy się z kierowcą tak, że jeżeli nie damy mu znać telefonicznie, to prosimy go, żeby był tutaj o godzinie 17. Kierowca zgadza się, ale zaznacza, żebyśmy nie starali się go oszukać i wrócić innym samochodem. Wyszła taka trochę wzajemna nieufność.

Niah Caves

W kasie przy wejściu do parku płacimy za wejście 20RM od osoby. Dostajemy mapkę parku i informację gdzie możemy wypożyczyć latarki, jeśli nie mamy swoich. Latarka akurat, to w przypadku takich jaskiń pozycja obowiązkowa. Udajemy się wskazanym szlakiem i dochodzimy do rzeki. Na niej kursuje mała łódka, którą trzeba przeprawić się na drugą stronę, nie ma innej opcji. Koszt to szalony 1RM od osoby. Wesoły przewoźnik mówi nam, że dzisiaj w parku są pustki i nie spotkamy wielu turystów. Daje to też dużą szansę na to, że zwierzęta wyjdą z ukrycia:)

Po drugiej stronie rzeki znajduje się małe muzeum i miejsce, gdzie można wypożyczyć czołówki(6RM za jedną). Kinga miała swoją, więc pożyczam tylko ja. Pan, który siedzi w muzeum, zachęca nas do zwiedzenia muzeum, ale wydaje się nam, że mamy mało czasu, więc rezygnujemy z oferty. Dostajemy też od niego informację, że muzeum później będzie zamknięte i należy oddać czołówkę przewoźnikowi w łódce.

Początek szlaku znowu jest zdradliwy. Tak samo jak w Semenggohu, beton + mokre liście + duże nachylenie szlaku = lodowisko. Poruszamy się powoli i ostrożnie. Potem szlak przechodzi w ścieżkę składającą się z drewnianych desek. Po nich idzie się już przyjemnie i nie jest tak ślisko. Dżungla jest bardzo przyjazna, jeżeli można to tak ująć. Idziemy cicho i słuchamy odgłosów zwierząt, które dają o sobie przez cały czas. To gdzieś słychać małpy, jakieś zwierzaki szeleszczą pod mostkiem, owady i kolorowe motyle bzyczą i latają wokół nas. Spacer bardzo przyjemny, zważywszy na to, że w ogóle nie spotykamy żadnych ludzi.

Jaszczurka
Ścieżka do jaskiń w Niah Caves

W pewnym momencie dochodzimy do rozstaju szlaków. Znajduje się tam budka, w której prawdopodobnie ktoś sprzedaje turystom owoce lub pamiątki. Niestety, teraz nikogo tam nie ma. Nie znajdujemy żadnej informacji ani oznaczenia szlaków. Jeden z nich skręca w prawo, drugi idzie prosto. Postanowiliśmy wybrać ten, który idzie prosto. Po jakiś 15 minutach widzimy, że dochodzimy do jakiegoś miasteczka. Sprawdzamy mapkę i teraz już wiemy, że wybraliśmy złą drogę. Ciężko stwierdzić jak duże jest miasteczko. Dużo domów zbitych z desek, blacha na dachach. Zostajemy niemile powitani przez lokalne dzieciaki. Z oddali rzucają w nas jakimiś owocami i mniejszymi kamieniami. To skutecznie zniechęca nas do dalszej eksploracji miasteczka;/  Zawracamy i udajemy się w drogę powrotną do rozstaju. Tam wybieramy drugą odnogę, która po kilku minutach okazuje się być tą właściwą.

Wioska w Niah Caves

Dochodzimy do wejścia do jaskiń i spotykamy tam starszą Brytyjkę, która właśnie wracała. Mówi, że jaskinie w Niah Caves są bajecznie piękne. Robimy krótką przerwę na zjedzenie zakupionych wcześniej owoców i ruszamy w dalszą drogę. Zaczynają się jaskinie. Rozmiarami są nieco większe niż te, które widzieliśmy wcześniej. Ale gdy stajemy przed wejściem do głównej jaskini… WOW!

Jaskinie w Niah

Wejście robi niesamowite wrażenie. Jest gigantyczne, 30-40 metrów wysokości jak nic. W niektórych miejscach ma nawet 75 metrów wysokości. Jaskinia jest naprawdę ogromna. Cały czas słychać nietoperze, które albo siedzą pod sufitem, albo latają. W środku śmierdzi też ich odchodami, ale można się przyzwyczaić. Czapka lub inne nakrycie głowy jest wskazane, gdyż co jakiś czas z sufitu leci „niebezpieczny ładunek”. Wygląda to jakby nietoperze robiły to celowo, bo idąc przez jaskinie kilka razy widzieliśmy jak guano spada tuż obok nas:D

Widok z głównego wejścia do jaskiń Niah Caves Schody w ciemność
W jaskiniach Niah

Przy samym wejściu do jaskini wpada dużo światła, więc latarka nie jest wymagana. Im dalej, tym ciemniej i po czasie bez latarki ani rusz. Przez większość jaskini przechodzi się po drewnianych schodkach. Poręczy łapać się nie radzę. Wystarczy trochę poświecić na nie latarką. Dużo odchodów, a pod barierkami ogromne pajęczyny i pająki. Trzymamy ręce przy sobie i idziemy przed siebie. Omyłkowo robimy małą pętelkę i wychodzimy przy wejściu do jaskini. Gdzieś musieliśmy minąć jakieś zejście na bok. Wracamy i rozglądamy się za odnogą. W pewnym momencie rzucają mi się w oczy jakby wykute w skale schodki i jakieś deski wiszące na kamieniach. Mówię, że to chyba tamtędy trzeba przejść. Balansujemy na wąskich deskach nad przepaścią, której dna nie widać, nawet mimo mocnej latarki i wspinamy się po większych głazach idąc w stronę prześwitu. Okazuje się jednak, że poszliśmy nie tam gdzie było trzeba. Oprócz prześwitu i ściany lasu nie ma tam nic ciekawego, więc wracamy po deskach na główny szlak.

Gdyby nie drewniany szlak, można się tam bardzo prosto zgubić. Co rusz wydaje się, że gdzieś jest jakiś mniejszy szlak. Warto też patrzeć pod nogi. Raz, gdyby nie latarka nie latarka skończyłbym w głębokiej przepaści.

Wracamy na główną trasę. Zastanawiamy się przez dłuższą chwilę, gdzie może być zejście do Painted Cave (malowanej jaskini). Idziemy dalej szlakiem, tylko, że odwrotnie. Schodzimy schodkami przez ciemniejszą część jaskini. Kinga idzie przodem, ja świecę swoją latarką pod nogi. Nagle widzę jakieś duże nogi robala, który wychodzą spod stopnia. Pierwsza myśl – pająk! Tarantula albo ptasznik jakiś. Okazuje się, że to jakiś bliżej nieznany, gigantyczny robak, który postanowił się zatrzymać na schodku i nie chce się ruszyć. Macha tylko swoimi długimi czułkami. Po chwili czekania, postanawiam go przeskoczyć, licząc na to, że sam się nie wystraszy i nie wskoczy na mnie xD Potem na naszej trasie spotkaliśmy jeszcze podobne robale 2-3 razy, w tym raz siedzących w grupce.

Niedaleko za wielkim robalem znajdujemy odbicie ukryte za skałą. Nie widzieliśmy go idąc z drugiej strony. Szlak przez jaskinię schodzi coraz głębiej i przez coraz większe obszary jaskini. Gdyby wyłączyć latarkę nie byłoby widać dosłownie niczego. Zero światła zewnętrznego. Nietoperze robią się też coraz odważniejsze i co rusz jakiś przemknie obok nas. Wszystkie sceny z filmów, w których nietoperze wkręcają się we włosy, pojawiają się przed naszymi oczami:D

Dochodzimy do znaku, informującego o tym, że do malowanej jaskini zostało 420m. Wychodzimy z głównej jaskini na ścieżkę przez dżunglę. Okazuje się, że jeszcze przed chwilą musiało padać, bo widać, jak wilgoć dosłownie paruje z desek. Czyli kolejny raz mieliśmy szczęście i udało się nam uniknąć deszczu:)

Malowana jaskinia

Po chwili dochodzimy do malowanej jaskini. Słynie ona ze starych rysunków, namalowanych czerwoną farbą, które przedstawiają zwierzęta, figury ludzi oraz dusze zmarłych zabieranych do zaświatów przez łódź. Jaskinia jest nie do końca dostępna dla zwiedzających. Tzn. wejść do samej jaskini można, ale rysunki są za wysokim ogrodzeniem, przez co nie widać części z nich.

Painted Cave Malowana jaskinia

Sprawdzamy czas i okazuje się, że zostało nam go niewiele, żeby wrócić na godzinę 17. A do pokonania została cała jaskinia i długi szlak powrotny. Szybkim krokiem wracamy więc do głównej jaskini. Przy wejściu do tej ciemniejszej sekcji wita nas na barierce grupa robaczków, wesoło machających czułkami. Mniej więcej w połowie, zauważamy jakieś światło latarki wysoko nad nami. Jakieś 40 metrów wyżej znajduje się grotołaz! Odważny gość, nie ma co. Ja bałbym się, że podczas wspinaczki włożę rękę w jakiegoś robaka czy pająka :S

Wychodzimy z głównej jaskini i walcząc z czasem robimy jeszcze zdjęcia. Potem szybciutko idziemy w kierunku przewoźnika. Wiemy już, że prawdopodobnie się spóźnimy. Kinga mówi, żebym zadzwonił do kierowcy i powiedział, że będziemy mieli małe opóźnienie. Niestety – brak zasięgu. Boimy się tylko, żeby kierowca nam nie odjechał. Nie mielibyśmy jak wrócić do Niah junction czy do samego Miri.

Na domiar złego, okazuje się, że gość od łódki zrobił sobie przerwę… Łódka jest zacumowana po drugiej stronie, a przewoźnika nie było widać;/ Jest już 17:05, więc trochę zaczynamy się niepokoić. Mimo zasięgu, do kierowcy nie mogę się dodzwonić. Ale po chwili zauważamy, że ktoś idzie po drugiej stronie rzeki – to nasz kierowca! Krzyczymy do niego, że czekamy na przewoźnika. On pokazuje nam, że wszystko jest OK i wraca. Po chwili pojawia się z przewoźnikiem, który transportuje nas na drugą stronę rzeki. Przepraszamy kierowcę za opóźnienie, ale widać, że mu to jakoś niespecjalnie przeszkadza. W samochodzie siedzi jego starszy syn. Przez całą drogę powrotną rozmawiamy z nimi. Bardzo weseli ludzie, mimo to, że nie mówią dobrze po angielsku i czasami trudno się dogadać. Przepraszamy go także za sytuację na samym początku, tłumacząc, że wpis w przewodniku wprowadził nas w błąd. Stwierdza, że musi to być stary przewodnik, bo wszyscy kierowcy zgodzili się podnieść cenę bardzo dawno temu. Ale wszystko jest OK, nie ma nam tego za złe:) Wzajemna nieufność okazała się bezpodstawna. Trochę też było nam głupio, że myśleliśmy, że będzie nas chciał zrobić na szaro. No ale cóż, nieufny Polak, co nie?

Powrót do Miri

Wracamy do Niah junction i od razu łapiemy autobus o 17:35 do Miri. Tym razem autobus ma nieco niższy standard i jest zapełniony wesołymi robotnikami, którzy wracają z pracy. Jesteśmy bardzo zmęczeni bieganiem po dżungli i po jaskini więc w zasadzie od razu zasypiamy. Droga powrotna zajmuje nieco więcej czasu – 2,5 godziny. W Miri jesteśmy już dosyć późno. Wracamy na przystanek obok Boulevard Mall i czekamy na bus powrotny.

Szybko ogarniamy się w hotelu i udajemy się na kolację do knajpki, w której siedzi tłum ludzi. Generalnie Miri obudziło się w nocy. Wszyscy wyszli na ulice i siedzą w knajpkach. Czekamy dosyć długo na zamówienie, ale jedzenie było przepyszne. 42RM za całość, trochę drogo, ale warto było:)

Po krótkim spacerze wracamy do naszego hostelu. Tam Pani pyta nas, czy nie chcielibyśmy zmienić pokoju? Wie, że ten który dostaliśmy znajduje się przy ulicy i czasami bywa tam głośno. Trochę miała racji, bo jeżdżący motocykliści dawali się we znaki w nocy. Decydujemy się na zmianę pokoju. Zmieniliśmy nasz pokój bez okien na… pokój bez okien, tylko 2 piętra wyżej. Sprawdzamy także co hostel ma w ofercie, jeżeli chodzi o wycieczki fakultatywne. Wybór padł na ciekawie zapowiadającą się całodniową wycieczkę do Brunei! Więc dzień jutrzejszy zaplanowany. Udajemy się na zasłużony odpoczynek.

 

 

Karaluchy do poduchy…

Noc, śpimy sobie smacznie. W pokoju, jako że nie ma okien, panuje całkowita ciemność. Na wpół przytomny, czuję, że coś po mnie łazi, ale przewracam się tylko na drugi bok. Po chwili czuję, że jednak coś jest nie tak. Coś łazi po mojej twarzy. Zrywam się z łóżka z krzykiem i wołam do Kingi, żeby natychmiast włączyła światło. Kinga przestraszona zapala światło. Patrzę na poduszkę, a tam… sporych rozmiarów karaluch! Fuj! Szybko rozprawiamy się z nim przy użyciu klapka.

Karaluchy pod poduchy!

Cały czas mam uczucie, że coś po mnie łazi. Kinga cieszy się jak małe dziecko z mojego nieszczęścia. Sprawdzamy cały pokój dokładnie, ale nie znajdujemy żadnych intruzów. Ale już do końca staraliśmy się zasnąć przy włączonym świetle. Ciężka noc…

A na koniec jeszcze kilka zdjęć:)

Jaskinie w Niah Niah Caves Niah Caves Niah Caves Niah Caves główne wejście Sklepienia w Niah

Powiązane posty

Powrót do góry strony