Plażowanie na Nusa Lembongan

Nusa Lembongan – pierwsze wrażenia

Na Bali kupujemy bilety na transport na kolejną pobliską wyspę – Nusa Lembongan. Za 2 osoby płacimy 400 000 IDR. W cenę wliczony jest transport do portu, rejs łódką i transfer do hotelu na wyspie. Przejazd samochodem do portu zajmuje ponad 1,5h. Po raz kolejny stwierdzamy, że jazda samochodem po Bali to istne szaleństwo! W porcie wsiadamy na łódkę i chwilę później odpływamy. Po drodze na Nusa Lembongan odwiedzamy jeszcze wszystkie wyspy Gili, więc czas rejsu znacznie się wydłuża.

Na miejscu wsiadamy do jednego z pojazdów rozwożących turystów. Podajemy nazwę naszego hotelu i ruszamy. Trafiamy na dosyć narwanego kierowcę. Co chwilę wciska gaz do dechy, trąbi i krzyczy. Kierowca po kolei wysadza kolejne osoby. Na samym końcu podjeżdżamy do Swara Homestay 2 i kierowca chce nas tam wysadzić. Problem w tym, że my mamy rezerwację w Swara Homestay 1, który znajduje się w innym miejscu. Kierowca widocznie założył, że śpimy w miejscu o wyższym standardzie, ale było to założenie błędne 🙂 Wkurza się jeszcze bardziej i zaczyna jeszcze bardziej agresywnie jeździć. Szarpie kierownicą, trąbi, wciska ostro gaz na przemian z hamulcem. Na szczęście do naszego hotelu nie jest daleko, więc szalona jazda szybko się kończy.

Swara Homestay dużo lepiej wyglądał na zdjęciach niż w rzeczywistości. Na szczęście mamy rezerwację tylko na 1 noc. Rozpakowujemy się i od razu szukamy innego noclegu na kolejny dzień. Później przebieramy się i ruszamy nad morze. Plaża na Nusa Lembongan wydaje się być nawet fajna i piaszczysta. Szukamy kawałka dla siebie. W pewnym momencie trafiamy na pusty fragment. Wszystko wygląda cudownie, dopóki nie poczuliśmy dziwnego zapachu. Lokalizujemy jego źródło i okazuje się, że kawałek dalej prosto do morza jest wypuszczony ściek z pobliskich hoteli! Nic dziwnego, że to miejsce jest puste…

Oddalamy się na bezpieczną odległość i rozkładamy się na plaży. Czekamy do zachodu słońca. Na początku siedzi się przyjemnie, ale po jakimś czasie czujemy smród palonego plastiku. Patrzymy, a tu niedaleko nas czarny dym bije w niebo…

Nusa Lembongan - palenie śmieci na plaży

Plażowanie na ukrytej plaży na Nusa Lembongan

Kolejny dzień zaczynamy od śniadania w Green Garden Warung. Knajpka jest turystyczna i trochę  droższa niż inne, ale jedzenie jest pyszniutkie.

Bo śniadanie musi być pożywne :) Dobra kawa nie jest zła

Po śniadaniu zabieramy plecaki i idziemy na drugą stronę wyspy do naszego nowego miejsca noclegowego – Suba Homestay. Jest to dość daleki spacer, ale udaje nam się tam doczłapać. Zmęczeni docieramy na miejsce. Hotel okazuje się być dużo lepszy w porównaniu do poprzedniego. Pokoje mają klimatyzację i położone są w małym ogrodzie. Właściciel jest miły i pomocny. Sugeruje, że możemy się wybrać na ukrytą plażę, położoną niedaleko mushroom bay. Podczas odpływu można przejść klif który oddziela dwie plaże, więc plaża nie do końca jest taka sekretna. Ale gdy jest więcej wody, trzeba skorzystać z  sekretnego przejścia. Trzeba udać się na tyły pobliskiej restauracji. Potem w prawo na pierwszym rozwidleniu, aż dojdziemy do lasu. Tam w dół prowadzi wydeptana ścieżka, która zabiera nas na bardzo ładną plażę. Jako, że jest ukryta, dużo turystów tam nie ma 🙂

Ukryta plaża na Nusa Lembongan

Przy plaży znajduje się rafa koralowa, więc można popływać obserwując podwodne życie. Niestety na plaży jest mało cienia, ale jako że ludzi jest niewiele, to da się coś znaleźć, albo pod drzewem, albo obok klifu, w zależności od godziny dnia.

Po odpoczynku na plaży, późnym popołudniem, idziemy do Devil’s Tears. Jest to punkt widokowy na Nusa Lembongan, który naprawdę warto odwiedzić. Są tam klify i skały, na których, gdy uderzy fala, tworzą się oczka wodne. Przy wietrznej pogodzie, o brzeg uderzają całkiem spore fale, co sprawia niesamowity efekt. Tylko trzeba uważać w czasie robienia zdjęć, bo może się to źle skończyć dla naszego aparatu 🙂

Ogromne fale na punkcie widokowym Devil's Tears Nusa Lembongan - skaliste wybrzeże Obserwator na klifie Devil's Tears

Widoki są piękne i można tam spędzić czas, aż do zachodu słońca. Podobno jest tam też miejsce do skakania z tych klifów.

Skały na punkcie widokowym Devil's TearsZachód słońca na wyspie Nusa Lembongan

Polowanie na mantę!

Na kolejny dzień mamy wykupioną całodzienną wycieczkę snorklingową. Za dwie osoby płacimy 500 000 IDR. Będziemy płynąć łódką i zatrzymywać się w niektórych miejscach dookoła wyspy, gdzie jest ciekawa rafa i tam mamy snorklować. Dodatkowo popłyniemy też szukać manty!

Zostajemy zgarnięci z hotelu i na skuterach docieramy do portu. Wybieramy sobie sprzęt do nurkowania i wsiadamy na łódkę. Dostajemy nawet kamizelki ratunkowe, co jest miłym zaskoczeniem. Kiedy cała grupa ośmiu osób jest już na łódce ruszamy w rejs.

Pierwszym punktem na trasie jest Mangrove Point. Całkiem ładna rafa i bardzo dużo rybek. Finalnie jest to chyba jeden z ciekawszych i najbardziej zróżnicowanych punktów całej wyprawy.

Snorklujemy

Kolejnym miejsce, w którym się zatrzymujemy jest zatopiony budda i klika mniejszych posągów. Posągi nie są jeszcze zarośnięte koralami, a rafa w tym miejscu jest zniszczona i niewiele jest tam do oglądania.

Kolejnym punktem jest Crystal Bay. Niestety, ze względu na prądy, w momencie gdy tam jesteśmy woda nie jest krystalicznie czysta. Ale rafa jest całkiem ładna, więc nie jest źle.

Ostatnim punktem wyprawy jest  szukanie mant. W tym celu trzeba popłynąć dalej w pobliże klifów znajdujących się na sąsiedniej wyspie. Płyniemy i w pewnym momencie sternik zatrzymuje łódź , a drugi gość wskakuje do wody i płynie szukać mant. Ma nam dać znać jeśli jakieś będą. Jesteśmy dość blisko klifów, fale są niemałe, więc nikomu nie spieszy się do wody. Aż tu nagle gość, który wyskoczył do wody zaczyna machać rękami i krzyczeć

Manta! Manta!

Sternik szybko odpala łódkę i podpływamy bliżej skał. Wszyscy są tak podekscytowani, że chwilę później jesteśmy w wodzie.

Manta! Manta!

Dość szybko dostrzegamy to ogromne stworzenie. Ciężko dokładnie ocenić rozmiar bo pływa kilka metrów pod nami, ale jest naprawdę spora. Obserwujemy ją przez kilka minut, aż odpływa na głębsze wody. Szczęśliwi wracamy do domu. Możliwość obserwowania tego niesamowitego stworzenia w środowisku naturalnym jest to coś naprawdę niezwykłego.

Po powrocie na wyspę wybieramy się jeszcze na plażę Dream Beach. Plaża nie jest zła, ale też nas nie zachwyca. Może jest tam po prostu za dużo ludzi? My wolimy naszą „ukrytą” plażę obok hotelu. Za to okolica – klify i urwiska są bardzo klimatyczne i okazuje się, że jest to dobre miejsce na spacer.

Dream beach na Nusa LembonganOczka wodne na skałachSkalny fragment wybrzeża na Nusa Lembongan

Powrót na Lombok

Magiczne źródełko :)Ostatni dzień na Nusa Lembongan spędzamy na odpoczynku i plażowaniu. Powoli musimy się już żegnać z Indonezją i wracać do Kuala Lumpur. Wylot mamy z wyspy Lombok, więc kolejny dzień spędzamy na powrocie na tą wyspę. Transport kosztuje nas 800 000 IDR. Zostajemy przewiezieni do portu i wsadzeni na barkę. Mamy pewne wątpliwości, ponieważ bagaże leżą niezabezpieczone po jednej stronie. Na szczęście szybko się okazuje, że barka stanowi tylko etap pośredni – dopływamy nią na normalną łódź, którą płyniemy na Lombok. Oczywiście po drodze odwiedzamy kolejno wszystkie pobliskie wyspy – Bali i Gili.

Po dotarciu do portu musimy sobie zorganizować przejazd do miasta Mataram, gdzie mamy nocleg i gdzie znajduje się lotnisko. Można tam dojechać lokalnym busikiem – Bemo lub skorzystać z oferty taksówkarzy. Niestety my nie mamy ustalonej wspólnej wersji i zaczynamy rozmowę z jednym z nagabywaczy na przystani.

Mężczyzna oferuje samochód za 350 000 IDR lub autobus za 200 000 IDR. Nieopatrznie zaczynamy zbijać cenę i kończy się na 200 000 IDR za samochód. Okazuje się jednak, że nagabywacz nie jest kierowcą taksówki tylko pośrednikiem. Podchodzi on do pierwszego napotkanego kierowcy i rozmawiają. Okazuje się, że keirowca nie chce jechać. Sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie! Gość mówi, żebyśmy poczekali, a on pójdzie szukać. My jesteśmy zmęczeni i głodni po podróży, więc stwierdzamy, że idzimey na autobus.

Mężczyzna widząc, że odchodzimy biegnie za nami krzycząc co robimy. Mówimy mu, że skoro nie może nam zorganizować samochodu to idziemy na autobus. On najpierw próbuje nas przekonać, a gdy widzi, że to nie działa to zaczyna nam grozić. Pyta czy chcemy mieć problemy.

You want to have a problem with me man?

Jako, że sięga nam do ramienia i jest wątły pytanie nie wywiera oczekiwanego rezultatu. Później zaczyna mówić coś o ramadanie, i o tym, że zadzowni do kierowcy bemo żeby nas nie zabierał ze sobą. Widząc, że to wszystko nie działa, postanawia spuścić cenę. Mówi, że załatwi nam transport za 150 000 IDR.

Nie chcemy mieć z nim problemów, więc przystajemy na nową ofertę. Gość podchodzi do najbliższego kierowcy, a ten się od razu zgadza! Ciekawe, naprawdę ciekawe. A my mamy nauczkę na przyszłość – warto dogadać się wcześniej ze sobą jak chce się podróżować i ile jesteśmy gotowi zapłacić za transport. A jeśli już zaczynamy negocjacje i się na coś zgadzamy to trzeba być słownym.

Samochodem dojeżdżamy  do hotelu. Okazuje się, że jesteśmy w kompletnie nieturystycznym mieście. Czujemy się jakby wszyscy na nas patrzyli. Dziwne uczucie. Pytamy właściciela hotelu czy w pobliżu są jakieś knajpki, a on kieruje nas do pobliskiej galerii handlowej. Tam na szczęście znajdujemy McDonald’a 🙂 Ludzi jest tłum, w kolejce stoimy kilkanaście minut. Później mamy jeszcze problem ze znalezieniem wolnego stolika. No i oczywiście stanowimy lokalną atrakcję! Jacyś lokalni mieszkańcy pozwalają nam się dosiąść do swojego stolika.

Jesteśmy strasznie wygłodniali. Zaczynamy odpakowywać nasze kanapki, ale rozglądamy się dookoła i widzimy, że nikt nie je! Wszyscy czekają z jedzeniem w ręku i patrzą nerwowo na zegarki. No tok, ramadan. Chłopak siedzący obok nas uśmiecha się i mówi, że możemy jeść. No ale jednak wolimy poczekać. Mija minuta i wybija godzina 18:10. I wszyscy zaczynają pałaszować!

Później wracamy do hotelu, a już kolejnego dnia rano wylatujemy z powrotem do Malezji.

Powiązane posty