Putrajaya

Ostatnie chwile na Langkawi

Śniadanie na langkawiOstatni poranek na wyspie Langkawi. Zaczyna się słabo, bo widzimy, że za oknem leje jak z cebra. Wstajemy z łóżka i niechętnie udajemy się na poszukiwanie śniadania. Widzimy, że zaraz na przeciwko naszego hotelu stoi samochodzik, podobny do tego dwa dni wcześniej. Postanawiamy zjeść u nich śniadanie. Niedaleko i nie zmokniemy za bardzo. Podchodzimy pod budkę i po zapoznaniu się z menu, składamy zamówienie. Za stół i krzesła robią nam odwrócone do góry dnem wiadra. Dostajemy jedzenie na bananowym liściu. Placek, sos, jajka i milo. To wszystko za powalającą cenę 4RM od osoby. Dodam, że dania były przygotowane w iście teatralny sposób. Kucharz przyrządzał wszystko na miejscu, podrzucał plackami, kręcił nim różne zawijasy, żonglował jajkami itp. Więc w te 4RM wchodził jeszcze pokaz gotowania!

Wiele czasu przed opuszczeniem wyspy nam nie zostało. Chcemy odwiedzić jeszcze jedno miejsce – słynny most Sky Bridge na Langkawi, z którego rozciąga się widok na całą wyspę i okolice. Zdjęcia w internecie były super, więc udajemy się do biura podróży zapytać co i jak. Niestety, okazuje się, że most jest w remoncie i jest zamknięty dla zwiedzających. Można co prawda wyjechać kolejką linową na górę, ale na sam most nie wejdziemy. Pani w budce odradza nam i to, ze względu na pogodę. Faktycznie, góra na której wisi most jest widoczna z plaży na której się znajdujemy. Cały czubek jest pokryty chmurami przez większość czasu, więc tak naprawdę niewiele byśmy zobaczyli. Musieliśmy odpuścić sobie Sky Bridge na Langkawi. Ale jeśli tu jeszcze kiedyś wrócimy, udamy się tam na 100%!

Zamawiamy taksówkę na lotnisko. Czas do jej przyjazdu przeczekujemy w hotelowych pokojach, bo z ciągle leje. Monika pokazuje nam budynek na przeciwko naszego hotelu, który właśnie jest budowany. Na 99% będzie to następny hotel. Zwraca naszą uwagę na pracowników. Mimo, że znajdują się na wysokości około 10 piętra, nie mają żadnych zabezpieczeń. Nie ma nawet barierek zabezpieczających przed wypadnięciem. Nikt też nie nosi kasku. -U nas byłoby to nie do pomyślenia, od razu ktoś z BHP by się czepiał – śmieje się Monika.

Zaraz potem przyjeżdża taksówka, żeby zabrać nas na lotnisko. Do lotniska dojeżdżamy w kilka minut. Panuje tam małe zamieszanie i troszkę inny system niż u nas w Polsce. Otóż po przejściu kontroli wszyscy wchodzą do jednej wspólnej sali. Jest kilka wyjść, ale tylko jedne jest otwarte. Trzeba pamiętać numer lotu i się nie pomylić. Co chwila jest ogłaszany jakiś odlot i ludzie ustawiają się w kolejce. Przed nami też odlatywał samolot do Kuala Lumpur i byliśmy święcie przekonani, że to ten nasz, ale poszliśmy się upewnić. Szybko pokazali nam, że to nie nasz numer lotu i mamy spokojnie czekać. Zaraz po nim, przyszła nasza kolej. Szybko wchodzimy do samolotu i lecimy do Kuala Lumpur. 1h i 5min lotu i jesteśmy na miejscu.

Na lotnisku w Kuala Lumpur

Obiad w indyjskiej knajpiePo przejściu przez bramki zauważamy Paula. Ten cieszy się i skacze z radości gdy nas widzi. Pyta jak było, co widzieliśmy itp. Mówi, że pewnie jesteśmy głodni, dlatego zabiera nas do samochodu i zaraz jedziemy w stronę knajpki. Tym razem pada na indyjską knajpkę, która jest już zamykana, ale właściciele są na tyle mili, że jeszcze nas wpuszczają i podają obiad. 10RM za fried nudles i zupkę. Pożywne, lekko ostre, ale smaczne:)

Przed samym powrotem do Kuala Lumpur zahaczamy o jeszcze jedno słynne miasto – Putrajaya.

Putrajaya

Putrajaya, lub też inaczej – Inteligentne miasto-ogród, to administracyjna stolica Malezji. Jest ono położone o około 30 km na południe od Kuala Lumpur.

Miasto słynie z znajdujących się tam 7 mostów. Każdy z nich jest utrzymany w innym stylu. Jest do doskonale widoczne ze wzgórza na którym znajduje się Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Tam właśnie zabiera nas Paul na samym początku. Jest to generalnie także punkt widokowy, z którego można zobaczyć panoramę miasta.

Putrajaya - panorama Panorama z kolejnym mostem Jeden z mostów w Putrajaya

Potem wybieramy się na przejażdżkę po samym centrum miasta i oglądamy różne budynki rządowe takie jak sądy czy biuro premiera Malezji. Budynki są duże i bardzo bogato zdobione.

Sąd federalny Malezji Widok na Centrum Kongresowe Biuro pierwszego ministra

 

Putra Mosque

Naszym celem jest jednak Putra Mosque. Jest to jeden z największych meczetów w Malezji. Zatrzymujemy się przed nim i Paul mówi, że możemy wejść do środka i obejrzeć go od wewnątrz. Mimo, że zwykle do meczetów wpuszczają kobiety po nakryciu głowy, tutaj panują nieco inne zasady. Dziewczyny muszą wypożyczyć grube, czerwone, wełniane płaszcze i nakryć nimi również głowy. Dla mnie wygląda to bardzo zabawnie, ale im do śmiechu nie jest na pewno. Połączenie grubej wełny i lejącego się z nieba żaru stanowi wybuchową mieszankę.

Wchodzimy do środka meczetu. Tam, od razu pod swoje skrzydła bierze nas jeden z panów i trzymając w ręku książkę ze zdjęciami zaczyna nam opowiadać o Putra Mosque.

Budowa meczetu pochłonęła około 250 milionów RM. Budynek w sumie podczas modlitw może pomieścić około 15tys wiernych. Ciekawostką jest to, że budynek jest naturalnie chłodzony. Normalnie klimatyzacja jest wyłączona ale w środku jest dużo chłodniej niż na zewnątrz, co z resztą zapewne odczuwacie. Klimatyzację włączamy tylko przed piątkowymi modłami. Macie wielkie szczęście, gdyż jesteście tutaj dosłownie 2 dni po wymianie całego dywanu. Poprzedni był już troszeczkę zniszczony, więc musieliśmy wymienić go na nowy. Przed meczetem stoi także najwyższy minaret w całej południowo-wschodniej Azji. Ma wysokość 116 metrów.

Dodaje jeszcze kilka mniej znaczących faktów i robi nam zdjęcie. Generalnie jest bardzo miły i życzliwy, potrafi ciekawie opowiadać. Zachęca nas abyśmy obeszli cały meczet dookoła, co też robimy.

Putra Mosque Kopuła Putra Mosque - wersja czarno białą Putra Mosque w środku

Podczas oglądania ogrodu z zewnąrz, pozdrawia nas ogrodnik słowami

As-Salaam-Alaikum

na co my odpowiadamy Wa-Alaikum-Salaam. Jest bardzo ważne aby zapamiętać ten zwrot, gdyż nie odpowiedzenie na niego to zwykle poważna obraza dla pozdrawiającej nas osoby. W tłumaczeniu oznacza to pokój z Wami (czyt. salam alejkum) a my odpowiadamy – i z Wami niech również będzie pokój (czyt. wa alekkum salam).

 

Kuala Lumpur po raz drugi

Potem wracamy już do samego Kuala Lumpur. Tradycyjnie Paul oferuje nam nocleg w Chinatown, a w zasadzie w samym jego centrum, w hotelu Chinatown Boutique Hotel. Bardzo przytulne pokoiki, położone niedaleko targowiska. Paul zostawia nas i mówi, że jutro przyjdzie po nas około godziny 9-10 i pojedziemy do Melaki.

Ogarniamy się po trudach podróży w hotelu i zaraz potem idziemy zwiedzać miasto i targowisko. Jeżeli możecie sobie wyobrazić naprawdę tłoczne targowisko, na którym można kupić dosłownie wszystko – zegarki, ubrania, portfele, pamiątki itp + tysiące kolorów, tłumy ludzi i wąskie uliczki – tak właśnie wyglądało tamto targowisko. Naprawdę czuliśmy się przytłoczeni całym tym zgiełkiem, milionami rzeczy do kupienia i sprzedawcami oferującymi niesamowite promocje i „oryginalne” towary po niskich cenach. Targowisko jest naprawdę ogromne i sporo czasu zabiera nam samo przejście go z jednego krańca na drugi, nie mówiąc już o zakupach.

Kuchnia na ulicy:)

Na koniec dnia szukamy kolacji. Wybór jest ogromny, każdy zaprasza i oferuje dobre ceny i wyśmienite jedzenie. My decydujemy się finalnie na… szaszłyki! Wygląda to tak, że wystawione są patyczki z nadzianymi na nie przeróżnymi rzeczami. Od warzyw i owoców po mięsa i ryby. Nie mogliśmy się zdecydować, bo wybór był faktycznie duży. Pomaga nam jeden z kucharzy i podpowiada co jest jego zdaniem warte spróbowania. Każdy z nas wybrał po kilka patyczków. Potem musimy zdecydować czy wolimy sami je ugotować czy wrzucić je na grilla? Część pałeczek oddajemy kucharzowi, który umieszcza je na grillu, a część zabieramy ze sobą do stolika. Stolik wygląda tak, ze w środku jest dziura, w którą włożony jest garnek z gotującą się wodą. Do niego wkładamy nasze pałeczki. Po kliku minutach wyciągamy je i chrupiemy ze smakiem. Naprawdę, jedno z najlepszych dań jakie przyszło nam zjeść w Malezji! Były tak dobre, że aż skusiliśmy się na dokładkę. Cenowo wyszło to około 17RM na osobę za pałeczki i soki, ale zdecydowanie warto. Najedzeni i zmęczeni udajemy się do naszego hotelu, który znajduje się dosłownie po przeciwnej stronie ulicy i zapadamy w głęboki sen:)

 

P.S. Więcej o Kuala Lumpur możecie przeczytać w nowszym poście tutaj. W Malezji byliśmy jeszcze raz jakiś czas później, więc są tam trochę świeższe informacje. A jeśli jesteście ciekawi jak wygląda miasto nocą, odsyłamy do tego wpisu.

Powiązane posty

Powrót do góry strony