Semenggoh i orangutany

W hostelu mamy zapewnione śniadanie – tosty, dżemy, soki oraz owoce. Śniadanie proste, ale za to jaki widok! Posilamy się na ostatnim piętrze hostelu, praktycznie już na dachu. Jest on otwarty, trochę zadaszony i z widokiem na panoramę miasta. Generalnie hostel jest przyjemny i bardzo ładnie urządzony. Każde piętro ma inny wystrój oraz klimat:) Polecamy gorąco!

Pogoda nieco się ustabilizowała. Jest pochmurnie, ale za to nie pada. Przy śniadaniu zastanawiamy się co zrobić z dniem dzisiejszym. Kinga uparła się, żeby pojechać do centrum orangutanów. Wiemy, że szansa na ich zobaczenie jest bardzo mała przez sezon owocowy, w dodatku nikt ich nie widział od ponad 2 tygodni. Ale z braku lepszych pomysłów stwierdziłem, że OK, pojedziemy do centrum orangutanów w Semenggoh.

Śniadanie z widokiem!

Pustki na ulicach

Dzień dzisiejszy jest dniem wolnym dla Malezyjczyków. Widać to po zamkniętych sklepach i pustkach na ulicach. Znaleźliśmy przystanek, z którego odjeżdża autobus do centrum orangutanów, ale okazało się, że mamy jeszcze sporo czasu, przed następnym kursem. Postanawiamy się wybrać na krótki spacer po mieście. Wcześniej w Kuching byliśmy na nadbrzeżu, teraz kierujemy swoje kroki w przeciwną stronę.  Widzimy z oddali muzeum Islamu, więc postanowiliśmy, że wejdziemy do środka. Ale okazuje się, że nawet muzea są zamknięte w dniu dzisiejszym:( Zamiast zwiedzać muzeum, idziemy w stronę parku, który widać z oddali. Okazuje się, że w parku znajduje się duże budynek z akwariami, a wejście jest za darmo. W środku znajduje się kilkanaście akwariów z różnymi rybami. I z takimi malutkimi i z takimi całkiem sporych rozmiarów. Przechodzimy przez cały park dookoła i powoli wracamy w stronę przystanku autobusowego.

Knajpka w parku w Kuching Park w Kuching

Na terminalu 2 autobus numer K6 jedzie bezpośrednio do Semenggoh’u do centrum orangutanów. Mieliśmy być 15 minut przed odjazdem autobusu. Jesteśmy nawet ciut wcześniej. Bilet mieliśmy kupić u kierowcy, ale kierowcy brak:/ Wchodzimy do środka, znajdujemy sobie miejsce i czekamy na dalszy rozwój sytuacji. W autobusie siedzi parę osób, głównie miejscowych. W pewnym momencie część z nich zaczyna wysiadać z autobusu i biec na inny. Jesteśmy trochę skołowani i zastanawiamy się, czy wysiadać razem z nimi czy zostać? Postanowiliśmy zostać i czekać na kierowcę. Do naszego autobusu wsiada parka turystów i pyta nas, czy to autobus do centrum orangutanów? Niepewnie potwierdzamy. Autobus znowu zaczyna się zapełniać. 2 minuty przed odjazdem pojawia się kierowca. Wszyscy kupują bilety. Cena to 6RM za osobę. Przed odjazdem wchodzi ktoś inny i zaczyna kasować kupione przed chwilą bilety. Autobus rusza! Dojazd do centrum zajmuje nam lekko ponad pół godziny. Autobus zatrzymuje się tuż przed wejściem do centrum orangutanów w Semenggohu.

Centrum orangutanów w Semenggoh

Ustawiamy się w kolejce przed kasą. Wisi tam duża żółta kartka, informująca o tym, że szansa zobaczenia orangutanów wynosi 0 lub jest bardzo bliska zeru z powodu sezonu owocowego. Centrum nie oddaje pieniędzy za bilet w przypadku, gdy nie zobaczy się orangutanów. Cena za wejście to 10RM od osoby. Jest też notka o tym, że  karmienie orangutanów (lub próba karmienia) odbywa się dwa razy dziennie. O godzinie 9 rano i o 15. Wchodzimy do parku o 14:30, co daje nam jeszcze trochę czasu na krótki spacer. Wchodzimy na mniejszą ścieżkę odbijającą w bok w las bambusowy. Połączenie betonowego chodnika z mokrymi liści, tworzy zabójczą kombinację.Czujemy się jak na lodowisku – mega ślisko. Co chwila unikamy też biegających po lesie gigantycznych mrówek. Największe okazy jakie widzieliśmy 2-3 centymetrów długości! Nie chcielibyśmy trafić na ich mrowisko…

Ostrzeżenie o szansie zobaczenia orangutanów

Z uwagi na to, że bardzo ciężko się poruszać po tych ścieżkach, zwłaszcza gdy schodzą ostro w dół lub w górę. Postanawiamy wrócić na główną trasę. Słabo też wygląda to, że cześć osób zamiast zostawić samochód przed wejściem, wjeżdża nimi na teren parku. Ścieżki są mega wąskie, takie, że jeden samochód ledwo się mieści. Nie mówiąc już o nas i innych turystach. Widać, że wszyscy kręcą głową gdy mija nas kolejny samochód. No ale nic, widocznie park zezwala, więc ludzie korzystają.

Po chwili zauważamy mały tłum turystów z wystawionymi aparatami niczym paparazzi i robiącymi czemuś zdjęcie. Orangutany! Jak się to mówi, głupi ma zawsze szczęście:D Mimo wcześniejszych ostrzeżeń o tym, że jechanie do Semenggoh’u żeby zobaczyć orangutany to strata czasu i pieniędzy, my zaryzykowaliśmy i udało się!

Paparazzi!

Orangutany!

Na drzewie widzimy parkę orangutanów. Mamę z dzieckiem. Zaraz potem pojawia się trzeci osobnik. Ten jest zauważalnie większy, prawdopodobnie samiec. Powiększa się też tłum gapiów, którzy robią zdjęcia. W pewnym momencie przybiegają panowie z parku.

Odsuńcie się od ogrodzenia i nie hałasujcie. To dorosły samiec i może być bardzo niebezpieczny. My nie mamy nad nim kontroli.

To ostudziło co nieco nasze zapały i wszyscy bardzo szybko się odsunęli. Orangutany widząc nasze ruchy, zaczynają podchodzić bliżej. Chodzą niepewnie po ogrodzeniu i zaczynają przebiegać na drugą stronę drogi i dalej do lasu. W tym momencie zaczyna się karmienie. Ci sami panowie, którzy ostrzegali nas przed samcem podchodzą powoli bliżej pokazując butelki z mlekiem i chleb tostowy. Widać, że orangutany znają już całą procedurę. Najbardziej zainteresowane są matka z dzieckiem. Łapią w locie rzucane im butelki z mlekiem, sami je odkręcają i wisząc za jedną nogę i rękę do dołu głową szybko opróżniają całość. Chleb tostowy zdecydowanie mniej im smakuje, ale i tak zjadają całość.

Orangutany w Semenggoh Orangutany w Semenggoh

Najmniejsze zainteresowanie wykazuje samiec. Chleb tostowy rozrzuca i chowa się przed nami. Zainteresował się dopiero gdy dostał dużego kokosa. Tutaj pokazał też swoją siłę. Jednym uderzeniem kokosa o drzewo zdołał go rozłupać. Z Kingą śmiejemy się, że ciekawe cobyśmy zrobili, gdy zeszliśmy wtedy ze szlaku i spotkalibyśmy takiego samca w dżungli. Rzucałby nami jak marionetkami xD

Orangutany w Semenggoh

Cały pokaz trwa około 20 minut. Potem najedzone orangutany znikają powoli w dżungli. Ludzie powoli zaczynają się rozchodzić. Tak samo jak i my. Wracamy na przystanek autobusowy i czekamy na autobus siedząc na krawężniku. Kurs to tak samo 6RM za powrót do Kuching. Wracamy do miasta, wymeldowujemy się z hostelu i szukamy taksówki, która zawiozłaby nas na lotnisko.

Lot do Miri

Za taksówkę płacimy w sumie 20RM. Stoimy przez długi czas w korku, licząc na to, że jednak uda się nam zdążyć na samolot. Niecierpliwie patrzymy na zegarek. Dobrze, że wyjechaliśmy nieco wcześniej. Finalnie docieramy na lotnisko mając jeszcze spory zapas czasu.

W Kuching nie zdążyliśmy już zjeść obiadu, więc jemy obiad po europejsku w KFC na lotnisku. Lot do Miri jest bardzo krótki i przyjemny, trwa równo godzinę. Jak zwykle na pokładzie klimatyzacja jest ustawiona na maksa. Po poprzednim lotem, wiemy już, że bluza to mus.

Po przylocie na lotnisko łapiemy taksówkę do centrum miasta. Hostel My Homestay Guesthouse znaleźliśmy wcześniej przez booking.com. Hostel fajny i przytulny. Jest już późna godzina więc jedyne co nam pozostaje to pójść spać. Plan na jutro – zobaczyć majestatyczne jaskinie w Niah!

Na koniec jeszcze kilka fotek orangutanów:)

Orangutany w Semenggoh Orangutany w Semenggoh Orangutany w Semenggoh

Powiązane posty

Powrót do góry strony