Przejdź do treści głównej

Trekking z Kalaw do jeziora Inle

Kalaw

Kalaw to małe, górskie miasteczko położone na wysokości około 1300 metrów. Dojeżdżamy tu autobusem z Baganu firmy JJ Express. Podróż przebiega sprawnie, na miejscu jesteśmy przed godziną 15.

W mieście nie planujemy spędzić wiele czasu. Głównym powodem, dla którego tu przyjechaliśmy to 2 dniowy trekking do jeziora Inle.  Całe Kalaw można przejść na piechotę w przeciągu mniej więcej dwóch godzin. Po mieście spaceruje się bardzo przyjemnie. Panuje tu klimat spokoju i leniwego życia.

Jak chodzi o trekking to nasz wybór pada na firmę Eagle Trekking. Prowadzi ją bardzo fajny gość. Bardzo dobrze mówi po angielsku, więc nie ma problemu żeby się dowiedzieć wszystkiego czego potrzebujemy. Dużym plusem tej firmy jest to, że mają limit osób w grupie – maksymalnie 6 osób (później, na szlaku widzimy niektóre grupy złożone nawet z 12-14 osób). Wymarsz następnego dnia o godzinie 8:30. W cenie 80USD (albo 107000 Kyat) za 2 osoby znajdują się przejazdy, noclegi, 4 posiłki, przewodnicy i kurs łódką na drugą stronę jeziora. Jedyna opłata, która się w tym nie zawiera w pakiecie to wejście na teren Inle (10USD od osoby).

Trekking – dzień pierwszy

Nasza grupa składa się z sześciu osób: para z UK – James (Anglik), Clémence (Francuska), zabawny Francuz Alex, dziewczyna z Hong Kongu – Ren, oraz nasza dwójka. Z Kalaw jedziemy samochodem 20 minut do miejsca, gdzie znajduje się wejście na szlak. Tam poznajemy naszą przewodniczkę Carol. Jej pomocnikiem jest jej młodsza siostra. Carol mówi dość dobrze po angielsku, dzięki czemu możemy podpytywać ją o wiele rzeczy.

Nasza wesoła grupa :)

Sam trekking jest bardzo przyjemny. Szlak prowadzi obok pól uprawnych i przez małe wioski. Są to tereny gdzie rolnicy uprawiają chili, imbir, kukurydzę, pszenicę, musztardę i ryż. Przechodząc przez wioski widzimy setki papryczek chili, suszących się na słońcu. Rolnicy wciąż uprawiają tu ziemię w tradycyjny sposób. Większość rzeczy takich jak oranie pola, czy wykopywanie/wykaszanie zbiorów/zbóż, odbywa się ręcznie lub z pomocą zwierząt. Żadnych traktorów, kosiarek itp. . Czujemy jakbyśmy cofnęli się w czasie o kilkadziesiąt lat. Większość osób nosi na plecach bambusowe kosze, które wyrabiają w lokalnych wioskach. Dziennie jedna osoba jest w stanie wyprodukować do 5 takich koszy. Jeden z nich na targu kosztuje 1500 kyat. Czyli dziennie mogą zarobić około 5$, o ile sprzedają wszystkie kosze.

Rolnik jadący na pole Zbiory Dzieciaki bawiące się na polach uprawnych Pola uprawne tuż obok Kalaw Tarasy ryżowe po zbiorach

W jednej z wiosek Carol zaprasza nas nawet do lokalnej szkoły podstawowej (mały budynek z trzema odgrodzonymi od siebie salkami). Dzieciaki początkowo są nieśmiałe, ale bardzo szybko się rozkręcają, chcą pozować do zdjęć i pokazują zawartość zeszytów. Carol wyjaśnia nam później, że dla nich to frajda jak pojawiają się turyści (chociaż ja dalej mam wątpliwości czy rozpraszanie ich przez kolejne grupy turystów jest dobrym pomysłem).

Dzieci uczą nas angielskiego

Nocleg w lokalnej wiosce

Do wioski, gdzie mamy nocować docieramy o godzinie 16. Kolacja ma być gotowa dopiero na 19:00, mamy więc jeszcze sporo czasu na pokręcenie się po okolicy. Wioska, przynajmniej w naszej opinii, sprawia naprawdę autentyczne wrażenie. Ludzie zajmują się swoimi sprawami, zaganiają bydło do zagród, wytwarzają bambusowe kosze,  itp. Dzieciaki, które skończyły zajęcia w szkole wracają do domów lub bawią się między obejściami. Wyglądają super w swoich mundurkach z longyi i thanaką na twarzy. Zamiast tornistrów mają ręcznie szyte torby. Noszą je przerzucone przez ramię lub na plecach, a uchwyt opasa im czoło. Dzieci jest tu bardzo dużo. Odnosimy wrażenie, że w każdej rodzinie jest ich co najmniej kilkoro.

Zabawy oponą Jedna z wiosek na szlaku Kalaw - Inle

Po zachodzie słońca wracamy do naszego domu. Sam budynek jest zbudowany głównie  z bambusa, dach pokryty jest blachą. Kuchnię stanowi osobne pomieszczenie wyposażone w palenisko, gdzie można rozpalić ognisko i przyrządzić posiłek. Wychodek znajduje się na zewnątrz, łazienkę stanowią bambusowy płotek i miska z wodą. W pomieszczeniu gdzie spożywamy kolację, nasi gospodarze rozkładają sobie maty do spania. Nasza zbiorowa sypialnia znajduje na górnym piętrze. W wiosce nie ma elektryczności, niewielka część osób ma tutaj słabe generatory, wystarczające na kilka słabo świecących lampek. Z tego tez powodu ludzie funkcjonują wtedy, kiedy na zewnątrz jest jasno. Wstają tuż po 5 rano i kładą się spać o godzinie 20:30. My wytrzymujemy do godziny 21:00 po czym udajemy się na spoczynek. Na szczęście dostajemy dużo grubych kocy, gdyż noce są tu naprawdę chłodne.

Powrót z roli do domu oraz produkcja koszy Byk!

Trekking – dzień drugi

Rano wstajemy dość wcześnie, wymarsz jest zaplanowany na godzinę 6:30. Wioska o poranku sprawia bardzo klimatyczne wrażenie. Wszędzie unosi się jeszcze mgła, mieszkańcy rozpalają ogniska.

Poranek w wiosceNa bezdrożach

Na początkowym fragmencie szlaku spotykamy dużo innych grup, gdyż większość wyrusza o podobnej godzinie, z tego samego miejsca. Później robi się luźniej. Krajobraz się trochę zmienia, ale nadal jest to przyjemny spacer wśród pól uprawnych. Do terenu jeziora dochodzimy około południa, tam rozstajemy się z naszymi przewodniczkami. Po lunchu pakujemy się na łódkę, gdzie czekają na nas nasze bagaże. Jesteśmy w Inle!

Trekking z Kalaw do Inle Na szlaku rosną też ogromne drzewa Panorama terenu Inle

Wrażenia z wycieczki czyli kilka luźnych przemyśleń na koniec

Trekking bardzo nam się podobał. Trasa była bardzo malownicza, grupa sympatyczna, przewodniczki przygotowywały bardzo smaczne i różnorodne jedzenie. Zobaczenie ludzi, którzy nadal funkcjonują bez użycia maszyn, internetu, telewizji czy nawet prądu i bieżącej wody wywarło na nas duże wrażenie i wywołało kilka refleksji. Niektóre nasze pytania pozostaną bez odpowiedzi. Pozostaną w nas wątpliwości czy sprowadzanie wszystkich grup, z różnych agencji turystycznych, do jednej wioski na nocleg jest trafionym pomysłem. Może lepiej byłoby jednak tych ludzi zostawić w spokoju, albo przynajmniej uregulować ilość i częstość sprowadzania turystów. Nie dowiemy się nigdy czy mieszkańcy wioski są zadowoleni z tego, że goszczą taka ilość plecakowiczów. Nasze przewodniczki niestety niewiele nam opowiedziały o samej wiosce i rodzinie u której spaliśmy. Nie próbowały też nas z nimi zapoznać czy zintegrować. Niestety, jak chodzi o tego typu subtelne detale wszystko zależy od otwartości konkretnych ludzi i nie możemy tego przewidzieć rezerwując wycieczkę.

Jeden z kilku poczęstunków

Powiązane posty

Powrót do góry strony