Yangon i Shwedagon Pagoda

Yangon to miejsce, gdzie po raz pierwszy stykamy się z Birmą i jej mieszkańcami. Jest to dawna stolica Birmy i jedno z największych miast w kraju. Naszą półroczną podróż po Azji postanawiamy zacząć właśnie tu.

Wizy do Birmy

Żeby wjechać do Birmy potrzebna jest wiza. My skorzystaliśmy z tej łatwiejszej (ale też droższej) opcji i wyrobiliśmy sobie e-wizy. Alternatywą było wyrobienie wizy w Bangkoku lub w Berlinie. To wymagałoby stania w kolejkach albo wysyłania paszportu pocztą. Potwierdzenie otrzymania e-wizy dostaliśmy już po paru godzinach od wypełnienia wniosku. Cena za taką wizę to 50 USD od osoby.

Do Yangonu przedostajemy się samolotem z Bangkoku liniami AirAsia. Po wylądowaniu kontrola wizowa przechodzi szybko i nie ma z nią problemów. Witamy w Birmie!

Kyaty

Pieniądze na lokalną walutę – kyaty, postanawiamy wymienić na lotnisku. Z zasłyszanych wcześniej informacji, wiedzieliśmy, że na lotnisku jest najlepszy kurs wymiany walut. Dodatkowo warto też pamiętać, że trzeba mieć nowiutkie banknoty – nie mogą mieć śladów zgięcia, być popisane czy naderwane. Wyższe nominały (100USD i 50USD) mają lepszy przelicznik. W późniejszym czasie okazało się również, że w chwili obecnej nowszy typ banknotu 10-dolarowego nie jest respektowany przez bank.

Kantory na lotnisku są 4, ale ten z najkorzystniejszym kursem ma tymczasową przerwę. Postanawiamy, że poczekamy na otwarcie. Czekamy jakieś 20-30 minut i wymieniamy 400 USD na kyaty. To ponad pół miliona kyatów ( 1 USD = 1355 kyatów)! Pokaźny plik pieniędzy niemieszczący się do portfela. Miła kasjerka wręcza nam kopertę, gdzie możemy trzymać pieniądze. Jak w filmach xD

Birmańskie kyaty

Yangon i jazda samochodem

Do naszego hostelu – 21 hostel postanawiamy dotrzeć taksówką. W tym celu, korzystamy z punktu na lotnisku, gdzie można zamówić transport. Kosztuje nas to 8000 kyat (Około 5-6 USD). Na zewnątrz zaczepiają nas taksówkarze. Każdy oferuje nam swoje usługi, ale już za cenę 50 USD. Jak widać, taksówka, taksówce nie równa.

Pierwsza rzecz, jaka wydaje nam się dziwna, to prawostronny ruch i kierownica po prawej stronie. Część samochodów ma dodatkowe lusterko z lewej strony, żeby ułatwić sobie wyprzedzanie. Wszyscy używają klaksonu do komunikacji. Nasz taksówkarz jest wyjątkowo nadgorliwy. Wystarcza ułamek sekundy opóźnienia u kierowcy przed nami, a ten od razu mruga mu długimi światłami i trąbi na niego. Ciekawostka –  Yangon praktycznie nie ma skuterów, po drogach poruszają się same samochody.

Yangon

Na pierwszy rzut oka widać, że kraj jest dużo uboższy niż np. Tajlandia. Za oknem samochodu co chwila przesuwają się budynki w opłakanym stanie. Widać bloki, w których na balkonach kręci się zdecydowanie więcej ludzi niż powinno. Przed niektórymi leżą też stery śmieci, a tuż obok dzieciaki grają w piłkę. Trochę smutny widok.

Deluxe Queen Room w YangonieKierowca podwozi nas pod wejście do hostelu. Za 1 noc płacimy 24500 kyatów. Na booking.com, pokój był reklamowany jako Deluxe Queen Room. Ocena hostelu 8.2. Czyli wysoko. No i teraz oczekiwania kontra realia. Wchodzimy na górę po schodach i jest rząd pokoi. Każdy ma przesuwane drzwi, trochę jak w celach więziennych. Pracownik hostelu otwiera nam pokój, a tam – łóżko. I może 20cm na nogi:D Lordowski apartament. Z lekkim zdziwieniem kiwamy głową, że tak tak, wszystko jest w porządku. Uśmiechnięty Pan wręcza nam klucze i schodzi na dół. Nie za bardzo jest gdzie położyć rzeczy. W końcu rzucamy wszystko na ten kawałek podłogi, zamykamy drzwi. Robi się klaustrofobiczne. Decydujemy, że pora na zwiedzanie miasta.

Zdecydowana większość ludzi spacerujących ulicami miasta to lokalni mieszkańcy. Zupełnie inaczej niż w Bangkoku, gdzie turystę można zobaczyć na każdym kroku. Wszyscy ludzie są super uprzejmi. Każdy się do nas uśmiecha i ukradkiem spogląda w naszą stronę. Biały człowiek na ulicach Yangonu.

Pierwsze co postanawiamy załatwić to woda i jedzenie. Z wodą nie ma problemu. Sklep, 2 butelki 1l – 600 kyat. Z jedzeniem już nie jest tak prosto. Wchodzimy do knajpy, w której siedzi sporo lokalnych. Pytamy dzieciaka, który najwidoczniej tam pracuje, co może nam polecić? Niestety, nie zna angielskiego i za nic w świecie nie jesteśmy w stanie się dogadać. W końcu pokazujemy palcem pozycję z menu.

Sadzają nas przy dość brudnym stoliku, na nie najczystszych krzesłach. Czekamy. Pierwsze co dostajemy to dwa małe kubeczki i coś jakby termos. Ukradkiem spoglądamy na inne stoliki, widząc, że ludzie wlewają zawartość do kubków. Kubki są niedomyte. Tak jakby ktoś po prostu płukał je wodą i tyle. Zero płynu, zero gąbki. Okazuje się, że w termosie jest herbata. Słaba, ale smaczna. Jak się później okazało, jest to standardowy dodatek do zamawianych dań.

Zaraz potem przychodzi inna herbata, która zamawialiśmy. Jedna z najlepszych rzeczy, jakie można skosztować w Birmie. Herbata z mlekiem. Ale nie taka, jaką można dostać np w Anglii. Ta jest słodka w smaku i trochę gęsta, ze względu na dodatek skondensowanego mleka. Pychota! Dostajemy zamówione jedzenie – ryż z dodatkami. Wszystko bardzo smaczne, jesteśmy pozytywnie zaskoczeni pierwszym kontaktem z jedzeniem w Birmie. Cena – 4100 kyat.

Pierwszy posiłek w Yangonie

Betel

Betel to rodzaj pobudzającej używki, która jest bardzo popularna w Birmie. Barwi język, usta i zęby na czerwony kolor, dodatkowo powodując zwiększone wydzielanie śliny. Przez to mężczyźni, czy nawet chłopcy bardzo często charczą i spluwają.  Dosłownie wszędzie. Na chodnikach i ulicy jest dużo czerwonych śladów. Mężczyźni spluwają też wychylając się przez okna samochodów, czy autobusów. Nawet w knajpie w której jedliśmy obiad. Obok naszego stolika stał kosz na śmieci, do którego spluwali pracownicy jadłodajni. Smacznego 🙂

Shwedagon Pagoda w Yangonie

Generalnie, plan na popołudnie to wizyta w Shwedagon Pagoda. Jest to najświętsze miejsce w całej Birmie, które ponoć zawiera w sobie relikwie Buddy. Sama pagoda ma prawie 100m wysokości. Przez to, że znajduje się na wzgórzu, wydaje się górować nad znaczną częścią miasta. Trzeba przyznać, ze już z daleka robi niesamowite wrażenie.

Shwedagon Pagoda z zewnątrz

Małym problemem jest przedostanie się przez ulicę, żeby wejść do środka. Generalnie pasów dla pieszych w mieście praktycznie nie ma. Trzeba po prostu przejść przez ulicę. Na początku trzymamy się w tym sprawach lokalnych mieszkańców, którzy tą sztukę mają już opanowaną. Ale z czasem i my przywykamy do tego nietypowego sposobu. Ale mimo wszystko, czasami przejście 4 pasów w jedną stronę stanowi wyczyn 🙂

Tunel prowadzący na wzgórze z pagodą

Gdy już udaje się nam dostać pod wejście, pierwszym zaskoczeniem jest to, że trzeba być boso. O ile np. w Malezji, aby wejść do świątyni, można było zostać w skarpetkach, tak tutaj trzeba je zdjąć. Wejście na teren Shwedagon Pagoda kosztuje 8000 kyat za osobę. Na środkowym dziedzińcu otaczającym pagodę, ludzi jest całkiem sporo. Postanawiamy okrążyć najpierw całość i tu rzuca się nam w oczy pewna ciekawostka, która powtarza się w znacznej części świątyń. W Birmie, prawie każda świątynia ma 4 wejścia – czyli tyle ile jest kierunków świata. Zwykle jest jedno główne wejście, ale można się też dostać z 3 innych stron.

Trzeba przyznać, że świątynia jest bardzo rozbudowana, złożona z kilkudziesięciu pomniejszych kapliczek i stup. Zostajemy aż do godziny 18, kiedy ludzie zaczynają podpalać setki miseczek z oliwą ustawionych na około pagody. Jest już ciemno, a płonące ogniki stanowią klimatyczny widok.

Yangon nocą

Nocą miasto trochę zamiera, ruch jest zdecydowanie mniejszy. Wracamy piechotą do naszego hostelu. Postanawiamy jeszcze zobaczyć nocny market, który znajduje się o rzut beretem od hostelu. Tam jak zwykle można znaleźć masę jedzenia, przekąsek itp.  Kupujemy soki pomarańczowe za 2000 kyatów i słodki placek za 500 kyat, który został pocięty nożyczkami na mniejsze kawałki. Co rzuca się nam w oczy to patera z mega dużymi larwami (Sago worm). Są żywe i oczywiście można je kupić do jedzenia. Fuj:D O ile robaki w Tajlandii były jeszcze jadalne, to tego już bym się nie tknął. Zdjęcia niestety nie mamy, ale dla zainteresowanych ten filmik pokazuje, jak wyglądają takie larwy.

Powiązane posty

Powrót do góry strony