Przejdź do treści głównej

Kampot

Podróż do Kampot

Naszym kolejnym punktem na mapie Kambodży jest Kampot. Jest to miasto położone w południowej części kraju. W okolicy można wybrać się na plantacje pieprzu i zwiedzić park narodowy Bokor, którego główną atrakcją jest zbudowana przez Francuzów stacja górska. Z Phnom Penh do Kampot dostajemy się autobusem za 6,25$. 5 godzinna jazda mija nam spokojnie. Po drodze autobus zatrzymuje się w nadmorskiej miejscowości Kep, gdzie część osób kończy podróż. Jest to miasto położone nad morzem i słynie z kraba z pieprzem, którego mamy zamiar spróbować. W Kampot jesteśmy godzinę później. Na miejscu błąkamy się dłuższą chwile w poszukiwaniu noclegu, co wcale nie jest łatwe, ale udaje nam się znaleźć bardzo przyzwoity pensjonat – Apsara Guesthouse.

Pożyczamy skutery i jedziemy gdzie pieprz rośnie!

Nasz skuter

Rano pytamy w recepcji naszego pensjonatu o możliwość wynajmu skutera. Pomimo, że jest to już nasz trzeci pobyt w krajach Azji Południowo-Wschodniej, na skuterze jeszcze nie jeździliśmy. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz! Na recepcji mówimy, że chcielibyśmy wypożyczyć skuter, ale nie mamy żadnego doświadczenia i najpierw musimy odbyć krótkie przeszkolenie z obsługi sprzętu. Pracownik pensjonatu jest bardzo pomocny i po śniadaniu pokazuje nam nasz pojazd. Wszystko nam tłumaczy i pozwala się przejechać Krystianowi po dziedzińcu i pobliskiej ulicy. Jazda wydaje się być intuicyjna, więc już po chwili mkniemy przed siebie na skuterze.

Naszym pierwszym celem podróży są plantacje pieprzu. Początkowo trasa wiedzie drogą asfaltową, później przechodzi w drogę szutrową pełną dziur. Jedyną jej zaletą jest znikomy ruch samochodowy / skuterowy. Po godzinie docieramy na miejsce. Okazuje się, że plantację można zwiedzać bezpłatnie, w grupach z przewodnikiem.  Sprawnie zostajemy przydzieleni do jednej z grup i jeden z pracowników plantacji opowiada nam o uprawie pieprzu, jego rodzajach itp. Dowiadujemy się, że pieprz jest roślinną pienną, poznajemy różnice między pieprzem czarnym, czerwonym i białym. Ten pierwszy powstaje wskutek suszenia niedojrzałych, zielonych owoców, natomiast dwa pozostałe pozyskiwane są z owoców dojrzałych. Dodatkowo, żeby otrzymać pieprz biały usuwa się zewnętrzną skórkę z ziaren. Po prezentacji udajemy się na zwiedzanie plantacji. Mamy szansę na zrobienie kilku zdjęć i dopytanie o szczegóły uprawy. Później zwyczajowo zostajemy zaprowadzeni do sklepiku, gdzie możemy kupić lokalne produkty 🙂

Nasz przewodnik po plantacji pieprzu

Po zakupach wsiadamy na skuter i ruszamy w dalszą drogę. Żeby dojechać do parku narodowego Bokor musimy wrócić do Kampot ta samą drogą, którą jechaliśmy na plantację. Kiedy jesteśmy już na głównej drodze mamy jedno nieprzyjemne zdarzenie. Ciężarówka wyprzedza nas lewym pasem i jednocześnie zaczyna zjeżdżać na nasz pas, bo kierowca postanowił , że jednak zjedzie na stację benzynową. Na szczęście udaje nam się uniknąć zmiecenia z drogi i możemy spokojnie kontynuować naszą trasę. Generalnie trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo na drodze dzieją się różne dziwne i nieprzewidziane rzeczy. Ale sama jazda skuterem nie jest taka trudna, jak mogłoby się wydawać:)

Stacja górska Bokor

Punkt widokowy w Bokorze

Po jakimś czasie docieramy do szlabanu, gdzie trzeba uiścić opłatę za wjazd do parku narodowego. Za skuter płacimy 0.5$. Dla miłośników rowerów mamy dobrą informację – wjazd jest darmowy. Droga wije się w górę serpentynami, więc mamy możliwość poćwiczenia jazdy na skuterze. Sporadycznie mijają nas inni turyści zmierzający do stacji górskiej, czyli kompleksu budynków zbudowanych w latach dwudziestych przez Francuzów. Obecnie budynki są opuszczone i niszczeją, ale w pobliżu budowany jest nowy kompleks hotelowy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy ogromnym posągu Buddy i myszkujemy chwilę po ozdobionych graffiti budynkach. W końcu docieramy do hotelu, który położony jest w bardzo malowniczym miejscu. Błądzimy chwilę po opuszczonych pomieszczeniach, po czym ruszamy dalej, żeby zobaczyć kościół i resztę zabudowań.

Posąg Buddy Graffiti na jednym z opuszczonych budynków Myszkujemy po opuszczonych budynkach Opuszczone budynki w Bokorze Hotel wybudowany przez Francuzów

Idziemy ścieżką prowadzącą na punkt widokowy. Przed nami rozpościera się bardzo atrakcyjny krajobraz. Całe górskie zbocze porośnięte jest gęstą roślinnością, a w oddali majaczy morze. Jest pięknie. W miejscu gdzie decydujemy się zrobić sobie zdjęcia obok półki skalnej po której spacerujemy, znajduje się druga płaska skała. Krystian ma usiąść przy krawędzi, jednak zamiast siąść robi coś dziwnego, traci równowagę i… spada w przepaść!

Kinga:

Patrzę jak Krystian znika za krawędzią i nie dociera do mnie co się właśnie stało. Na szczęście w pobliżu jest jeszcze dwójka turystów, którzy widząc całe zajście reagują trzeźwo i sprawnie. Dziewczyna podbiega do mnie, żeby mi pomóc, natomiast chłopak biegnie po pomoc. Wołamy Krystiana i na szczęście, okazuje się, że wpadł do szczeliny utworzonej między półka skalną i drugą skałą. Poleciał jakieś 3-5 metrów, ale żyje i jest komunikatywny. Przynajmniej na razie… Miał bardzo dużo szczęścia, bo to jedyne miejsce na całej krawędzi urwiska, gdzie jest szczelina.

Akcja ratownicza w BokorzePo chwili przybiegają lokalni mieszkańcy. Mają linę i zaczynają ją spuszczać do dziury rozmawiając ze sobą w swoim języku. Nie bardzo zdają się być zainteresowani moimi tłumaczeniami i sugestiami. Część z nich wyciąga telefony i fotografuje lub nagrywa całe zdarzenie. Tylko spokojnie… Nagle okazuje się, że ktoś przyniósł skądś drabinę i już chwilę później jeden z mężczyzn schodzi do dziury. Chwilę później wyprowadza Krystiana obwiązanego liną wokół pasa. I znowu trzeba to uwiecznić na telefonach.

W międzyczasie przyjechał ambulans. Krystiana kładą na noszach, zanoszą go do karetki i mamy jechać do najbliższej placówki medycznej. Pytam czy mogę zostawić skuter i czy jest szansa, żeby ktoś go odwiózł na dół? Oddaję kluczyki policjantowi, wsiadam do karetki i jedziemy. Szpital w Kampot jest prowizoryczny. Brakuje sprzętu, żeby zrobić właściwe badania. Przyjmuje nas zagraniczny lekarz, który nadzoruje lokalnego rezydenta i pielęgniarzy. Robią prześwietlenie, ale to za mało, żeby postawić dokładną diagnozę. Zapada decyzja, że trzeba będzie wysłać nas do stolicy i tam zrobić badania.

Czekamy na potwierdzenie ze strony ubezpieczenia, do którego szpitala mamy zostać przetransferowani. W końcu ruszamy w trasę. Po drodze podjeżdżamy jeszcze pod nasz hotel i zabieram większość naszych rzeczy. Okazuje się, że skuter dotarł szczęśliwie do właściciela, ale żeby odzyskać paszport Krystiana muszę jeszcze zapłacić za jego transport. Płacę i możemy już ruszać. Podróż jest długa. Do szpitala w stolicy docieramy nad ranem. Płacę za badania bo nie mamy czasu na czekanie, aż ubezpieczyciel potwierdzi zwrot kosztów. Teraz zostaje tylko czekać i mieć nadzieję, że wszystko będzie ok. Tylko czy to oznacza koniec naszej podróży?

Krystian:

Prawdę mówiąc, wiele nie pamiętam jak chodzi o sam wypadek. Z tego co zostało mi w pamięci to to, że robiłem Kindze zdjęcia w tym samym miejscu, w którym poleciałem. Nie widziałem tam dobrego kadru, więc Kinga postanowiła spróbować i zrobić jakieś lepsze ujęcie. Potem pamiętam już tylko samą fazę lotu, bo utraty równowagi nie pamiętam. Wiem, że łapałem się czego popadnie, żeby tylko spowolnić upadek. Była jakaś gałąź, jakaś półka skalna. Kolejną rzeczą, którą pamiętam, to to, jak ocknąłem się na dole i nie wiedziałem co się stało? Wydawało mi się, że spadłem w przepaść, ale było to tak surrealistyczne, że myślałem, że to mi się tylko śniło.  Dopiero potem zauważyłem dużą plamę krwi na ścianie na przeciwko mnie i to, że faktycznie leżę w jakiejś dziurze.

Słyszałem, że Kinga woła mnie z góry, więc coś tam odpowiedziałem i pomyślałem, że trzeba wyjść z tej rozpadliny. Ale wszystko było takie zamglone. Nogi jak z waty, nie mogłem patrzeć w górę, bo krew zalewała mi oczy. Udało mi się wydrapać trochę do góry, ale potem wszystkie siły mnie opuściły. W pewnym momencie obok mnie ktoś spuścił jakaś linę, ale tylko się jej złapałem i nie miałem siły nic z nią zrobić. Wołałem do góry, że ktoś tu musi zejść, bo nie dam rady się sam nią obwiązać. Niedługo potem po drabinie zszedł jakiś gość, swoją chustą obwiązał mi czoło. Pamiętam, że trzymałem się jego spodni i dziękowałem mu, że tu zszedł. Udało mu się mnie jakoś obwiązać i po drabinie wydrapałem się do góry. Podziękowałem wszystkim i… odleciałem 😀

Następne co pamiętam to kolejne przebudzenie w jakimś szpitalu. Jakieś badania, rentgeny itp. Pamiętam, że mówili o konieczności transportu do innego szpitala. Karetka i mega nieprzyjemna jazda. Szyja i kark mnie tak bolały jakby ktoś mnie rozżarzonym żelazem przypiekał przy każdym ruchu. Nawet dotknąć mnie nie można było. A tu mnie czeka 4h podróż z Kampot do Phnom Penh po drogach, w których dziury są tak duże, że kiedy kierowca ambulansu przejeżdżał przez nie, z mojego gardła wydobywała się wiązanka przekleństw na kierowcę. Nawet pielęgniarka, która z nami jechała w ambulansie brała mnie za rękę i mówiła, że już niedaleko, żebym wytrzymał:D Była to zdecydowanie jedna z najgorszych i najbardziej bolesnych podróży jaką kiedykolwiek odbyłem…

Potem w drugim szpitalu tylko migawki z badań, wiele nie pamiętałem, bo co chwila odlatywałem i traciłem przytomność. Po całej serii badań, zszywaniu głowy zostałem przeniesiony na intensywną terapię i czekał mnie dłuuuugi sen…

Powiązane posty

Powrót do góry strony