Mui Ne

Transport do Mui Ne

Rano idziemy na miejsce, z którego odjeżdża autobus do Mui Ne. Wsiadamy do małego busa i ruszamy. Po 20 minutach okazuje się, że musimy się przesiąść do większego autobusu. Będziemy jechać tzw. autobusem sypialnianym. Jest to autobus, który ma coś na kształt łóżek piętrowych. Pierwszy raz widzimy taki patent. Każdy ma osobna regulowaną leżankę, w której miejsce na nogi znajduje się pod łóżkiem osoby z przodu. Dodatkowo dostajemy koce, gdyż przy włączonej klimatyzacji bywa naprawdę chłodno.

Po 6h docieramy do Mui Ne. Jest to malutka miejscowość, gdzie wzdłuż głównej drogi znajdują się ośrodki wypoczynkowe. Kierowca wysadza każdego w pobliżu hotelu, który wcześniej zadeklarowaliśmy. My wybraliśmy Mui Ne Hills Budget. Przyjemne miejsce, z 3-ma basenami, położony 10 min piechotą od plaży.

Mui Ne okazuje się być kurortem nastawionym na Rosjan. Większość napisów jest w języku rosyjskim, a w restauracjach kelnerzy witają nas w tym właśnie języku. Na ulicy co chwila spotykamy turystów z Rosji. Zaczynamy się zastanawiać czy nadal jesteśmy w Wietnamie 🙂

Odpoczynek na plaży

Kolejny dzień postanawiamy spędzić na plaży. Ludzi raczej mało, za to miejsce zostało opanowane przez kitesurferów. Znajduje się tu kilka szkół, w których można spróbować swoich sił w tym sporcie. My chcemy po prostu odpocząć, więc rozkładamy się nad wodą. Plaża niestety jest trochę zaśmiecona co psuje odbiór tego miejsca.

Wracając po południu do hotelu spotykamy parę z Polski. Wymieniamy wrażenia na temat okolicy. Nasi rozmówcy opowiadają nam historię ich wyprawy na pobliskie wydmy. Żeby tam dotrzeć wynajęli skuter. Po drodze zostali zatrzymani przez policję. Warto wiedzieć, że jazda na skuterze w Wietnamie bez wietnamskiego prawa jazdy jest nielegalna. Policja po dostaniu łapówki przymyka na to oko, gorzej jeżeli uczestniczylibyśmy w wypadku drogowym. W przypadku naszych rozmówców okazało się, że policjanci zażądali 1 000 000 VND. Oni mieli tylko 200 000 VND (dobrze jest mieć np. drugi portfel, w którym ma się tylko odłożoną taką sumkę i w razie czego go pokazać) i udało im się zbić wysokość łapówki do tej kwoty.

W hotelu szukamy jeszcze informacji na ten temat w internecie. Okazuje się, ze jest to miejsc, gdzie policja bardzo często stoi i łapie turystów licząc na łatwy zarobek. Jak mówi stare przysłowie – Dajcie mi człowieka, a znajdzie się paragraf 🙂

Z tego względu weryfikujemy nasz plan dotyczący wypożyczenia skutera w celu zwiedzenia okolicy. Zamiast tego wykupujemy wycieczkę zorganizowaną. W pakiecie zawarte jest zwiedzanie białych i czerwonych wydm, targ i tzw bajkowy strumień. Wycieczki organizowane są tak, żeby na białych wydmach znaleźć się o wschodzie, albo o zachodzie słońca. My decydujemy się na pierwsza opcję, więc jutro będziemy musieli wstać bardzo wcześnie.

Zwiedzanie okolicy Mui Ne

Wstajemy o 4 rano i idziemy na miejsce zbiórki. Razem z kilkunastoma osobami wsiadamy do autobusu i ruszamy. Po godzinie docieramy na miejsce. Wydmy zajmują całkiem spory obszar. Na miejscu dostajemy ok 1,5h czasu wolnego.

Wczesny poranek na białych wydmach

Ludzi jest całkiem sporo, więc trzeba się trochę nagimnastykować, żeby znaleźć kawałek przestrzeni dla siebie. Warto również dodać, że miejsce byłoby cudowne, gdyby nie wszechobecne quady. Okazuje się, że okoliczni mieszkańcy wymyślili całkiem sprytny pomysł zarobienia na turystach. Na terenie wydm, można wynająć quada z kierowcą, który zawiezie nas w wybrane miejsce lub obwiezie po okolicy dostarczając dużo wrażeń i adrenaliny.

Gorzej z osobami, które wolą chodzić na własnych nogach i chcieliby przyrodę podziwiać w ciszy 🙂 Na szczęście po jakimś czasie udaje nam się znaleźć niezadeptany i nierozjeżdżony kawałek wydm, gdzie można spokojnie spacerować i robić zdjęcia. Ale łatwo nie jest. Adrenalina też nam kila razy się podnosi, kiedy pędzący quad mija nas w odległości 1 metra.

Zwiedzamy białe wydmy Szukając ciszy na białych wydmach Jezioro obok białych wydm

Z białych wydm jedziemy na wydmy czerwone. W ciągu dnia są piasek ma raczej kolor pomarańczowy, ale podobno przy zachodzie słońca nabierają naprawdę czerwonego koloru. Są mniejsze od białych wydm, za to nie ma tu quadów. Za to tutaj  można bawić się w sandobarding. Wśród turystów krążą Wietnamki oferujące kawałek płachty na której można zjeżdżać z górki. Wszystko byłoby fajnie tylko, że mamy tu tylko 30 min. Więc mamy czas na 2 zdjęcia, albo 2 zjazdy i trzeba już wracać do autobusu. Okolica jest niestety trochę zaśmiecona i znowu trzeba przejść spory kawałek, żeby uciec od tłumów.

Czerwone wydmy Sandały

Kolejnym punktem programu jest port w Mui Ne. Na zwiedzanie dostajemy aż 20 minut. Jesteśmy tu dość wcześnie rano, więc mamy okazję zobaczyć targ, gdzie lokalni sprzedawcy handlują owocami morza. Spotykamy też panie w wietnamskich kapeluszach, które oferują nam swoje towary mówiąc – barbecue, mniam mniam! I pewnie skusilibyśmy na coś, ale niestety nie mamy czasu.

Rano w porcie w Mui Ne można kupić świeże owoce morze Na porannym targu w Mui Ne Sprzedawczyni wracająca z targu

W porcie znajduje się cała dużo małych, okrągłych łódek. Wietnamczycy używają ich do dostania się na większe łodzie, którymi wypływają na połowy. Na plaży widzimy dużo wielkich muszli. Część jest rozbita, ale niektóre są w całości. Chodzimy chwilę oszołomieni po okolicy, ale zaraz trzeba się zwijać. 20 min to stanowczo za mało czasu! Okazuje się, że jesteśmy jedyni, którym to miejsce przypadło do gustu, bo gdy docieramy do autobusu to reszta wycieczki już przebiera nogami, żeby jechać dalej.

Port w Mui Ne Wietnamki w porcie w Mui Ne Okrągłe łódki w Mui Ne

Ostatni miejscem, które odwiedzamy jest Fairy Stream (Bajkowy Strumień). Jest to potok, którym idzie się przez jakieś kilkaset metrów i dochodzi się do wodospadu. Woda jest przyjemna, płytka, maksymalnie sięga do kolan. Wzdłuż rzeczki ciągną się biało-czerwone klify. Naprawdę bajkowe miejsce! W jednym miejscu są nawet knajpki, gdzie można usiąść na plastikowych krzesełkach i się czegoś napić, mocząc nogi w wodzie.

Fairy Stream, czyli baśniowy strumień Formacje skalne obok strumienia Baśniowy strumień Biznes się kręci :)

Ale w każdej bajce musi być też jakiś zły charakter. Kiedy wykupywaliśmy wycieczkę nikt nas nie poinformował, że będzie trzeba opłacać jakieś bilety wstępu. Tutaj przed dojściem do strumienia stoi młody chłopaczek i żąda opłaty – 5 000 VND. W internecie przeczytaliśmy, że to scam i bezprawna opłata. Postanawiamy to sprawdzić i pytamy chłopaka czy da nam jakiś bilet albo rachunek. Odpowiedź jest prosta i nieskomplikowana – no! No to stoimy grupą i zastanawiamy się, aż tu w końcu jedna z kobiet wyciąga 5000 VND i daje mu. Reszta idzie za jej przykładem. My, złe charaktery, omijamy chłopaka bez opłaty. Nie słyszymy słowa sprzeciwu. Nikt nas nie próbuje gonić i pobrać opłaty. Co ciekawe, gdy wracamy ze spaceru biletera już nigdzie nie widać…

Powiązane posty

Powrót do góry strony