Bako – park narodowy w Malezji

Plan na dzisiaj – zwiedzić park narodowy Bako. Hotel niestety nie organizuje pełnej wycieczki. W Damai Beach Resort płacimy tylko za transport w dwie strony, w sumie 50RM za osobę. Zwarci i gotowi wchodzimy do busa, który jest wypełniony turystami z naszego hotelu. Wyruszamy w drogę! Zwracamy bacznie uwagę na górę Santubong, o której słyszeliśmy historię. Faktycznie, wygląda jak profil leżącej kobiety.

Dojeżdżamy do wioski rybackiej, która jest połączona z małym portem. Czas dojazdu z hotelu to około 30-45 minut.  Okazuje się, że na teren parku można dostać się tylko wynajętą łódką. I tu zaczynają się opłaty. 20RM za wejście do parku, 100RM za przewodnika (jeden na grupę), 40RM za przepłynięcie łodzią do parku i z powrotem. W hotelu słowem nie wspomnieli o dodatkowych opłatach…  Ale OK, jak już tu jesteśmy to głupio byłoby nie zapłacić i nic nie zobaczyć.

Przystań w Bako Widok z pomostu przy informacji turystycznej w Bako

Po kilku minutach oczekiwania wsiadamy do motorówki i płyniemy rzeczką pomiędzy chatkami miejscowych rybaków.  Po chwili wypływamy na otwarte morze. Po spokojnej przeprawie dopływamy do małej przystani w parku narodowym Bako. Po zapoznaniu się z mapą okazuje się, że park Bako jest dość spory i ma sporo szlaków. Nie ma opcji, żeby zobaczyć wszystko w ciągu jednego dnia. Jeśli planujemy zostać w Bako na dłużej, można zarezerwować nocleg w parku. Są tam hotele, kafeterie i wszystko czego potrzeba.

 

Bako – park narodowy

Przed wejściem do parku przewodnik, młody chłopak, zabiera nas do punktu informacji, gdzie musimy wypełnić papiery, wymagane przed wejściem do parku. Dokładnie tak jak przed wczorajszym biegiem przez dżunglę:) Po rejestracji przewodnik pyta nas co chcielibyśmy zobaczyć? W sumie sami nie wiemy, więc mówimy, że pewnie jakieś ładne miejsca, ewentualnie zwierzaki. Przewodnik widząc nasze niezdecydowanie mówi, że oprowadzi nas po parku i spróbuje pokazać nam jakieś zwierzęta, ale nie obiecuje, że jakiekolwiek zobaczymy.

Szczęście nam sprzyja i bardzo szybko udaje się nam zauważyć pierwszego zwierzaka – małpę długonosą. Siedzi sobie spokojnie na drzewie zajadając jakieś przysmaki. W ogóle nie zwraca uwagi na fotografujących ją turystów.

 

Idziemy dalej pomiędzy domkami dla turystów gdzie widzimy ruszające się korony drzew. Skaczą po nich małe małpki. Stoimy obok innej grupki turystów i słyszymy jak narzekają.

W nocy te małpy to jakieś istne piekło, skaczą po dachach cały czas i dają ostro popalić. Pierwszej nocy nie mogłem zmrużyć oka…

Po prostu – małpi gang;)

Kolejnymi zwierzakami były małe kraby. A w zasadzie setki krabów skrzypków. Taki krab ma tylko jeden szczypiec. Niby nie jest groźny, ale gdyby spróbować przejść przez tą plażę, mogło by być ciekawie. Na szczęście my patrzymy na nie z góry z mostku z bezpiecznej odległości.

Kraby na plaży w Bako

Przewodnik mówi, że zaprowadzi nas na plażę, która zwykle jest atrakcyjna dla turystów. Zgadzamy się i ruszamy w drogę. Szlaki w całym parku są przygotowane pod turystów. Nie ma na nich jakiś niebezpiecznych przejść itp. Na większości szlaku znajdują się specjalne kładki, po których można chodzić i nie martwić się o to, że wdepnie się w mrowisko czy w kałużę. Przewodnik, nie ma co, narzuca bardzo szybkie tempo. Momentami ledwo za nim nadążamy. Ale czasami czeka na nas, daje chwilę odsapnąć. Pot leje się z nas strumieniami, w przeciwieństwie do przewodnika, który traktuje to jako zwykły spacer:)

Na trasie możemy zobaczyć gigantyczne mrówki, dzbaneczniki i wiele odmian różnych roślin, których nigdzie indziej nie widzieliśmy. Nie ma tam wielu innych turystów, a sama trasa, mimo szalonego tempa, jest przyjemna.

Super plaża w Bako

W końcu docieramy do punktu widokowego, który wznosi się nad plażą, która jest naszym celem. Widok jest bajeczny, rozciąga się na dżunglę, morze i plażę pod nami. Spędzamy na szczycie skały chwilę, wśród innych turystów, którzy doszli tam też innymi szlakami. Widać, że wszyscy są zmęczeni. Gdy już napatrzyliśmy się i odpoczęliśmy schodzimy na dół stromym zejściem. Przewodnik mówi, że będziemy mieli na plaży około 1,5h na odpoczynek i kąpiel w morzu. Bardzo spodobał się nam ten pomysł, więc rozkładamy ręczniki i wskakujemy do wody.

Panorama plaży z punktu widokowego Plaża w Bako

Woda była co nieco dziwna, i kilka osób potwierdziło, że spędzając więcej czasu w morzu czuło się dziwne szczypanie i pieczenie skóry. Niby nic nie pływało obok nas, ale mimo wszystko, wrażenie nie było do końca przyjemne. Okolica za to była super. Wąskie przejścia pomiędzy kolorowymi skałami, mały potoczek płynący przez plażę, śmieszna rzeka, powalone drzewa itp.

Plaża w Parku Narodowym BakoPo pokaźnym odpoczynku przewodnik oferuje nam 2 sposoby powrotu. Albo wracamy tym samym szlakiem, który przeszliśmy i gdzieś w połowie odbijemy na inny. Albo skorzystamy z zacumowanej przy plaży motorówki. Możemy dzięki temu zobaczyć formacje skalne, które są widoczne tylko z morza i wypłynąć w innym miejscu. Cena to 50RM za przepłynięcie motorówką na naszą trójkę.

Formacje skalne w Bako

Wybieramy drugą opcję i pakujemy się do motorówki. Skały faktycznie wyglądają fantazyjnie. Zatrzymujemy się przy kilku ciekawszych z nich, żeby zrobić im zdjęcia. Potem płyniemy na inną plażę. Ta już jest mniej interesująca niż ta, z której wypłynęliśmy, ale znajduje się tam wejście na szlak, z którego możemy wrócić na miejsce startu.

Po około 15 minutach docieramy do innego punktu widokowego. Jest to powalone drzewo, po którym można przejść. Na jego drugim końcu na krawędzi przepaści znajduje się punkt widokowy! Tylko dla odważnych i bez lęku wysokości:) Widok super!

Formacje skalne na drugiej plaży w parku Bako
Formy skalne w parku BakoPo kolejnych spokojnych 15 minutach docieramy do punktu z którego zaczynaliśmy – do ośrodka, w którym wpisywaliśmy się na listę. W lokalnej kafeterii kupujemy kilka owoców i jakieś zimne napoje. Wybór nieduży, ceny wysokie, ale jesteśmy zmęczeni  i bierzemy co mają. Gdy już zaspokoiliśmy nasze potrzeby udajemy się na krótki spacer po plaży, w kierunku ciekawie wyglądających skał. Robimy kilka zdjęć i zaraz potem udajemy się do przewodnika, który macha do nas, że już czas wracać.

Fochy…

Jesteśmy znowu troszkę spóźnieni i śmiejemy się, że znowu będzie foch kierowcy. Dopływamy motorówką do portu z którego wypływaliśmy rano. Żegnamy się z przewodnikiem i udajemy się w poszukiwaniu naszego busa. Mamy około 15 minut spóźnienia. Na szczęście kierowca jest inny i za bardzo się tym nie przejmuje. Wręcz przeciwnie, nie spieszy mu się. Czekamy jeszcze na resztę grupy, która ma większe spóźnienie niż my. W sumie po ponad półgodzinnym czekaniu, wyruszamy do naszego resortu. Dojeżdżamy na miejsce i widzimy naszego kierowcę, który odbierał nas z Kuching. Mars na czole i nieprzyjemnym głosem mówi coś do gościa, który nas przywiózł. Pewnie bluzga po nim, że znowu mają opóźnienie xD

Resztę dnia spędzamy na plaży i w morzu:) Powoli się też pakujemy, jako, że to ostatnia noc w Damai Beach Resort, a także pożegnanie z Moniką, która wraca wcześniej do Polski. My natomiast jutro wracamy do Kuching!

 

Powiązane posty

Powrót do góry strony