Penang i George Town

Tak więc jesteśmy w George Town na Penang. Samo George Town jest uznawane za jedno z najlepszych miejsc do życia jak i pracy zdalnej w Azji. Wcześniej Paul zapytał nas co chcemy zobaczyć na wyspie. Nie mogliśmy się specjalnie zdecydować na nic konkretnego. Gdy spotykamy się z Paulem twierdzi, że to nie problem. – Obwiozę Was  po punktach must see, tak żebyście mogli zobaczyć jak najwięcej na Penang.

Dzień rozpoczynamy tradycyjnie już od śniadania w jednej z lokalnych knajpek. Paul zabiera nas w miejsce zwane Tim Sam. Nie jest to nazwa restauracji, a bardziej nazwa stylu gotowania, czy też samych potraw.  Jest to taka knajpka gdzie można zjeść dobre śniadanie, nawet o 5 rano, co stanowi zwyczajową porę, o której otwierają Tim Sam.

Rozejrzyjcie się – ludzie nie lubią szybkiego trybu życia. Ci, którzy przychodzą w takie miejsca, spędzają tutaj nawet godzinę. Rozmawiają, delektują się śniadaniem i nie spieszą się. Tak jakby mieli duuuużo czasu.

Faktycznie, rozglądając się zauważamy kilkanaście osób, które niespiesznie jedzą, czytają gazety czy też po prostu są pochłonięci rozmową. Przyjemne uczucie:) Tak jakby dzisiaj była sobota rano, kiedy nie trzeba iść do pracy i leniwie rozpoczyna się dzień. Dzisiaj jest to normalny dzień roboczy, ale jak widać, niespecjalnie przeszkadza to siedzącym tam osobom.

Za nasze śniadanie płacimy około 9RM za osobę. Wybór jest duży.  Paul zamawia za nas. Twierdzi, że zamówi tylko te najsmaczniejsze rzeczy – pączki, soki, jakieś ciasteczka, ciasto marchewkowe i inne przysmaki. Palce lizać:)

George Town, świątynie i złe duchy

Po śniadaniu Paul daje nam chwile czasu na pozwiedzanie okolicy. Spacerujemy po mieście, oglądając sklepiki, meczety i różne świątynie. Paul uświadamia nas później, że świątynia w której byliśmy to Kuan Yin Temple – najstarsza świątynia na Penang. Jak w każdej takiej świątyni panuje tam cisza i spokój, nawet mimo całych mas modlących się tam ludzi. Wszyscy zachowują się bardzo cicho, nikt nie podnosi głosu.

George Town, jedna ze świątyń Poranne rytuały w świątyniach Warto zwrocić uwagę na bogato zdobione dachy świątyń

Naszą uwagę zwraca mnóstwo jedzenia leżącego na stołach. Owoce, całe upieczone kurczaki, warzywa, chleby, pączki itp. Dokładnie to samo widzieliśmy już w kilku innych świątyniach. Paul rozwiązuje naszą zagadkę:

Jedzenie jest przygotowane dla złych duchów wychodzących z piekła. Jeśli już jakiś demon wyjdzie, skupi się na jedzeniu, które znajduje się w świątyni. Tym samym nie będzie niepokoił ludzi w ich własnych domach.

Pomysłowe! Co jednak dzieję się z tym całym jedzeniem pod koniec dnia? Jest wyrzucane?

Nie, oczywiście jedzenie nie jest wyrzucane. Pod koniec dnia wszystko zostaje rozdane wdowom oraz ubogim ludziom.

Piękne! I tak to wygląda każdego dnia. Zadowolone demony, które wyjdą z piekła, zadowoleni biedni i ubodzy i zadowoleni my, z uzyskanych odpowiedzi na nękające nas pytania!

Bilety na Langkawi

Pomiędzy wizytami w następnych świątyniach jedziemy kupić bilet na prom, żeby dostać się na Langkawi. Bilet na jutrzejszy rejs kupujemy w jednym z kilku biur położonych niedaleko portu. Kosztuje 66,5RM  za kurs w jedną stronę. Rejs trwa około 3 godzin. Na promie nie ma żadnego baru, ale można zabrać ze sobą własne jedzenie. Trzeba być w porcie 30 minut przed odpłynięciem promu. Co było zastanawiające, pierwszy raz płacimy w Malezji kartą. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że trzeba podać PIN. A tutaj? Wystarczył tylko sam podpis na paragonie. Tak samo miała Monika. Było to dla nas nieco dziwne, ale nie zagłębialiśmy się w szczegóły.

Obok biura, gdzie właśnie kupiliśmy bilety, stoi mały Bang. Odpowiednik Big Bang w Londynie. Nie jest co prawda aż tak duży, ale coś w sobie ma;)

Wat Chaiya Mangkalaram i Burmese Buddhist Temple

Zaraz potem wsiadamy z Paulem do samochodu i jedziemy obejrzeć następne świątynie, tym razem buddyjskie. Śmieszne jest to, że świątynie są położone dokładnie na przeciwko siebie, po dwóch stronach ulicy. Odwiedzając jedną i drugą widać znaczące różnice. Pierwsza do której wchodzimy ma tajski wystrój. Wokół głównego budynku znajduje się kilka mniejszych kapliczek poświęconym różnym pomniejszym bóstwom. Przed wejściem do budynku stoi kilka figur smoków, które w pełnym słońcu, skrząc się na złoty kolor, wyglądają imponująco. Przed wejściem do samej świątyni należy zdjąć buty. Po wejściu do środka widzimy ogromnego, kilkumetrowego, leżącego Buddę. Za jego posągiem znajdują się prochy zmarłych osób oraz posągi różnych bóstw. Każdy odpowiada danemu chińskiemu roku. Rok węża – posąg węża, rok małpy – posąg małpy, rok smoka – posąg smoka itp. Jeśli jesteście ciekawi w jakim roku się urodziliście, lub chcielibyście się dowiedzieć więcej na temat chińskiego zodiaku, możecie to prosto sprawdzić tutaj.

Potem przechodzimy na drugą stronę ulicy, żeby wejść do następnej świątyni – Burmese Buddhist Temple. Różnica pomiędzy jedną a drugą jest widoczna gołym okiem. W tej drugiej także znajduje się ogromny budda, z tym, że ten stoi, a nie leży. Za ścianą z olbrzymim posągiem znajduje się kilkanaście innych – każdy z nich pochodzi z innego kraju – Tajlandia, Indonezja, Nepal itp oraz setki małych. Same wejście do świątyni było ozdobione obrazami, przedstawiającymi historię buddyzmu. Każdy z obrazów jest podpisany krótką opowieścią, więc jeśli mamy chwilę czasu, możemy poznać całą historię początków tej religii. Dodatkowo znajdują się tam duże ogrody i ciekawe rzeźby. Przyjemnie można tam spędzić czas:)

Gigantyczny globus w Burmese Buddhist Temple

Ogród botaniczny na Penang

O godzinie 12:35 jedziemy w następne miejsce – do ogrodów botanicznych. Sam ogród jest dość spory. Można pójść na łatwiznę i za 2RM wsiąść do kolejki, która zrobi z nami szybką rundkę po całym ogrodzie. Kierowca siedzący na czele kolejki gorąco zachęca do wsiadania, ale my uprzejmie odmawiamy i  decydujemy, że pójdziemy piechotą. Ogród wygląda bardzo ładnie. Różne rodzaje drzew dają dużo cienia, a jest mega upał, więc staramy się iść głównie zacienionymi ścieżkami.

Ogród jest podzielony na kilka tematycznych części, w jednej rosną kaktusy, w innym inne rośliny. Chodzimy od jednej części do drugiej. Ogród botaniczny na Penang jest bardzo fajny, dużo ciekawszy niż ten, w którym byliśmy w Cameron Highlands. Spacerując spotykamy niewielu ludzi, ale jednak nasz szacunek zyskują biegające tam osoby. Mimo nieznośnego upału, trening nie stanowi dla nich większego problemu.

Pengng - ogród botaniczny Penang, ogród botaniczny

Sam ogród botaniczny jest także bardzo żywy, jest tam wiele różnych zwierząt i owadów. Naszą uwagę przykuł głównie mały waran biegający sobie samopas. Kinga bardzo chciała mu zrobić zdjęcie z bliska, ale mimo usilnych prób podejścia, zwierzak nie dał się sfotografować i szybko czmychnął za płot.

Kilka razy widzimy też biegające małpki. Nagle zauważamy całe stadko, siedzące sobie spokojnie na drzewie. Postanawiamy podejść i zrobić im parę zdjęć. Wchodzimy do jednej odgrodzonej części ogrodu i powoli podchodzimy do drzewa. Małpy zauważają nas, ale nic sobie z tego nie robiły. Gdy już jesteśmy pod samym drzewem i staramy się uchwycić na zdjęciu parkę małp, zaczyna się coś dziać. Po gałęziach podbiega jedna większa małpa, prawdopodobnie przywódca stada i zaczyna trząść gałęzią. Po chwili już wszystkie małpy trzęsą gałęziami i drą się wniebogłosy. Co tu dużo mówić, wystraszyliśmy się i szybko uciekliśmy spod drzewa, tylko po to, by zaraz zacząć się śmiać, z tego co się właśnie stało. Małpy, mimo, że były wielkości kota, dały nam popalić. Zaraz potem wracamy do oglądania roślinek i nie wchodzimy już w zatargi z innymi zwierzętami.

Wychodzimy z parku i wsiadamy w końcu do klimatyzowanego samochodu Paula. Chwila ulgi i dalsza część zwiedzania wyspy Penang. Paul zaproponował, żebyśmy zrobili małą pętelkę po obrzeżach wyspy. Zgadzamy się na to i ruszamy w drogę. Po chwili zatrzymujemy się przy jednej z wielu plaż. Paul mówi, że mamy tutaj chwilkę i zaraz potem jedziemy w dalszą drogę, gdyż czas nagli, a jeszcze musimy zobaczyć kilka miejsc. Pierwszy raz wchodzimy do tutejszej wody, która jest ciepła i bardzo przyjemna. Wchodzimy tylko po kolana, ale już chcielibyśmy się zanurzyć w całości przy dzisiejszym upale. Idziemy może z 2 minuty plażą, ale czujemy na sobie wzrok Paula, który delikatnie nas pogania. Z jednej strony idą chmury burzowe, więc troszeczkę się obawiamy, że będzie padać, ale mimo wszystko, dobra pogoda się utrzymała.

Generalnie czego bardzo żałujemy do dnia dzisiejszego, to to, że nie zatrzymaliśmy się przy żadnej innej plaży. Jadąc samochodem co jakiś czas zza drzew wyłaniało się turkusowe morze, skały, jakieś dziewicze plaże. Nie mówię o jakimś dłuższym postoju, ale gdy tylko przypomnę sobie naszą drogę samochodem, widzę te bajeczne zdjęcia, które mogły tam być zrobione:( Jeśli mamy więcej czasu na Penang, zdecydowanie warto udać się w taką wycieczkę dookoła wyspy i postarać się obejrzeć dziewicze miejsca na wybrzeżu:)

Plaże Penang, tuż przed ulewą

Jadąc dalej zatrzymujemy się przy zaporze. Ponoć są na niej rozgrywane różne sportowe zawody. Tym razem jednak poziom wody jest bardzo niski, więc i zapora nie wygląda zbyt imponująco. Następnie przejeżdżamy jeszcze obok „farmy owocowej”, gdzie za 15RM można wejść i próbować wszystkich owoców jakie mają do woli. Kontynuujemy naszą objazdową wycieczkę wokół wyspy.

Po chwili zatrzymujemy się przy małej knajpce, gdzie Paul zaprasza nas na sok z kokosa i małe, słodkie banany, o których wspominał już wcześniej. Knajpka fajna, położona blisko punktu widokowego, skąd rozciąga się widok na dużą część wyspy. Kokosa wypijamy do dna. Potem, co ciekawe, Paul zabiera nasze kokosy i przynosi je rozłupane. Środek jak najbardziej nadaje się do spożycia. Łyżka jest zrobiona z łupiny z kokosa. Je się ciężko, ale zabawa przednia. Na deser dostajemy małe banany. Najedzeni miąższem z  kokosem ledwo co możemy je do siebie wepchnąć. Cienka skórka kryje bardzo słodki i smaczny banan w wersji mini. Pozycja obowiązkowa do spróbowania! Po takim posiłku zaczynamy się lekko „toczyć” z przejedzenia. W tej samej knajpce znajduje się także cała masa pamiątek i różnego rodzaju innych rzeczy. Kupujemy kilka drobiazgów i udajemy się w dalszą podróż.

Kokosy!

Świątynia Kek Lok Si

W samochodzie w końcu udaje się odkryć mechanizm rozkładania siedzeń. Teraz można drzemać w komfortowych warunkach na leżąco. Generalnie panuje tam taki klimat i upał, że człowiek dużo szybciej się męczy i bardzo chętnie drzemie, gdy tylko ma okazję:) Po takiej właśnie krótkiej drzemce, wysiadamy przy największej świątyni buddyjskiej w południowej Azji – Kek Lok Si Temple. Jej teren to prawie 12 hektarów, więc jest co oglądać. Świątynia, co by nie powiedzieć, robi ogromne wrażenie. W oczy rzucają się między innymi – kliku piętrowa pagoda oraz olbrzymia statua Kuan Yin. Paul mówi, że musimy się troszeczkę pospieszyć, jeśli chcemy zobaczyć wszystko, bo świątynie zamykają od godziny 18. O 19 całość będzie już niedostępna dla zwiedzających. Postanawiamy zacząć od wzgórza z posągiem. Niestety, jedynym sposobem, w jaki da się tam dostać to wyjazd kolejką. Kolejka jest czynna tylko do godziny 17:30. Spóźniliśmy się, więc wzgórze musieliśmy odpuścić i jedynie pooglądać go z zewnątrz. Bardzo szybko rzucają się nam w oczy tabliczki, które wiszą w całym kompleksie

All visitors must leave at …

I w zależności od miejsca jest tam wpisana godzina 18 albo 18:30. Daje nam bardzo mało czasu na pozwiedzanie świątyni. Chodzimy po alejkach świątyni i staramy się wejść wszędzie tam gdzie jeszcze jest to możliwe. Kompleks Kek Lok Si jest zdecydowanie godny polecenia. Świątynie są bogato wystrojone, bardzo ładne i robią wrażenie. Z pagody rozciąga się także super widok na okolice oraz na samo George Town. Pagoda jest o tyle ciekawa, że jest podzielona na kilka części i każda z nich jest utrzymana w innym stylu – tajlandzkim, chińskim i birmańskim.

Kek Lok Si Kek Lok Si na Penang Kek Lok Si - widok z Pagody

Co rusz, nerwowo spoglądamy na zegarek, starając się zobaczyć jak najwięcej. 18:30 już blisko, turystów praktycznie 0. Jesteśmy tylko my. Godzinę zamknięcia wybijają dzwony. Mnisi mieszkający w tej świątyni zaczynają powoli swoje codzienne obowiązki, które muszą zrobić po zamknięciu świątyni dla turystów. Niespiesznie podlewają kwiaty, zamiatają podłogi, zapalają świece. Co jest super, to klimat po zamknięciu świątyni. Czuje się taki spokój, jakby nie istniał czas. Widać, że wszyscy są tutaj zadowoleni, uśmiechają się do nas i pozdrawiają, nie spieszą się ze swoją pracą. W przeciwieństwie do nas, zagubionych i szukających wyjścia. Kinga mówi, że musi jeszcze skorzystać z toalety. -OK, nie ma problemu.. Czekając na Kingę przed toaletą i podziwiając fantazyjne rzeźby, fontanny i pływające tam rybki, widzę, że wejście przez które weszliśmy zostaje zamknięte łańcuchem przez jednego z mnichów. Nie wiem czy mnie widział czy nie, ale rutynowo zamknął bramę. Od razu przeszła mi przez myśl tona sposobów, jak można stąd wyjść po zamknięciu? Gdy Kinga wyszła też się zdziwiła, że brama została zamknięta. Oczywiście bura na mnie, dlaczego nie powiedziałem, że wciąż tutaj jesteśmy…

Jednak po chwili szukania innego wyjścia, podchodzimy do zamkniętej bramy i okazało się, że jest tam sam łańcuch, ale bez kłódki! Szybko go zdejmujemy, otwieramy bramę, zakładamy łańcuch i biegniemy przez ciemne już korytarze w kierunku wyjścia. Mnisi w ogóle nie zwracają na nas uwagi. Zajmują się tylko swoimi sprawami i nie przejmują się turystami, którzy wciąż tutaj są, mimo, że godzina wyjścia już dawno minęła.

W końcu docieramy do wyjścia i widzimy zaniepokojonego Paula i Monikę, którzy myśleli, że zostaniemy już tam na zawsze:) Potem pierwsze pamiątkowe zdjęcie z Paulem i naszym busikiem!

Chwilę później poznajemy uprzejmość Malezyjczyków. Wyjeżdżając już z kompleksu świątynnego, Paul zauważa turystów patrzących na mapę i szukających czegoś. Zatrzymuje się i pyta czego szukają. Oni mówią, że chcą się dostać pod Penang Hill. Paul odpowiada, że to świetnie, bo my tam też jedziemy. Pyta nas najpierw o zgodę, czy możemy ich zabrać i po chwili już jesteśmy wszyscy w busiku i jedziemy. Paul oczywiście odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy za przejazd dla nich. Powiedział także, że gdy będą schodzić i jakimś cudem się razem spotkamy to zabierze ich nawet do centrum George Town.

Penang Hill

Penang Hill to jeden z głównych punktów turystycznych na Penang. Jest to wzniesienie, które sięga 735 metrów nad poziomem morza. Jako, że jedzie się praktycznie z poziomu morza, to faktycznie, robi wrażenie. Paul zostawia nas pod wejściem na Penang Hill i mówi, że możemy spędzić tam tyle czasu ile będziemy chcieli.

Zaczynamy od czekania w kolejce do kas. Kasy są podzielone na 2 części. Jedna dla turystów, druga dla Malezyjczyków i lokalnych mieszkańców. My, jako turyści, oczywiście mamy drożej. Wyjazd kosztuje 30RM od osoby. W porównaniu do innych cen, które płaciliśmy wcześniej, żeby gdzieś wejść, znacząco się wyróżniała. No ale jak już tu jesteśmy to trzeba wyjechać. Przy kasach są tabliczki, z których dowiadujemy się, ze kolejka wywozi nas na 712 m.n.p.m a pozostałe kilka metrów będzie trzeba pokonać piechotą. Oczywiście można też nic nie płacić i wejść piechotą na szczyt. Taka wersja dla oszczędnych ( i bardzo wysportowanych ludzi). Paul wcześniej wspominał, że wyjście piechotą, w zależności od kondycji zajmuje około 2,5h. Trzeba dodać, że jeśli jest się turystą, nieprzyzwyczajonym do piekielnych upałów, może to zająć dużo więcej czasu.

Po kilku minutach oczekiwania wsiadamy do kolejki. Wyjazd na szczyt nie zajmuje wiele czasu – około 5 minut. Kolejka jedzie bardzo szybko. Przez szyby widać co jakiś czas drogę dla samochodów i pieszych, prowadzącą na górę. Trzeba przyznać, że wyjście piechotą byłoby niezłym osiągnięciem! Również trzeba pogratulować budowniczym tej kolejki. Czasami jedzie się pod całkiem sporym kątem. Wniesienie wszystkich elementów i konstrukcja kolejki musiało być nie lada wyzwaniem.

Samo Penang Hill okazuje się być lekko przereklamowane. Inaczej, może w niektóre dni widok faktycznie byłby ładny. Może gdyby wyjechało się na górę wcześniej, byłoby też więcej widać. W naszym przypadku widok jest delikatnie przymglony i przez to nie widać całego miasta. Szczyt jest zalesiony, dlatego nie z każdego miejsca rozciąga się panorama. W sumie jest tylko kilka takich punktów, z których rozciąga się ładny widok. Na samym szczycie jest parę knajpek i hoteli, meczet oraz świątynia. Kręcimy się po wzgórzu. Ustalamy, że poczekamy do zapadnięcia zmroku, bo wtedy może będzie ładniejszy widok na panoramę miasta. Im późniejsza godzina, tym więcej różnego rodzaj robaczków zaczyna latać wokół. Najpierw oglądamy jakieś dziwne owady, które wydawały odgłos niczym pszczoły i turlały się po drodze jakby były pijane i nie mogły się wznieść w powietrze. Potem jest ciut gorzej. Usiadł na mnie jakiś duży czarny robal, długości może z 5 cm. Przestraszyłem się nie na żarty i strząsnąłem go szybko uciekając w dziwnych podskokach, ku uciesze lokalnych mieszkańców.

Penang Hill - świątynia Penang Hill - posągi

Gdy już wychodzimy z zalesionych terenów i przenosimy się do bardziej oświetlonych części, owady nie stanowią już problemu. Znaleźliśmy miejsca w knajpce, gdzie byłby ładny widok i czekamy na zapadnięcie zmroku. Jest to ciekawe doświadczenie. Widać jak powoli się ściemnia z jednej strony, podczas gdy z drugiej jest jeszcze jasno. Zmrok nadchodzi bardzo szybko, dosłownie w przeciągu parunastu minut. Gdy już zrobiliśmy zdjęcia i nasyciliśmy się widokiem przychodzi pora na powrót. Wracamy kolejką na sam dół i szukamy Paula. Po chwili go znajdujemy. Udajemy się razem na kolację i na pyszny sok do lokalnej knajpki a następnie wracamy do naszego hotelu.

Penang Hill panorama Panorama George Town nocą

Po krótkim odpoczynku postanawiamy udać się na szybką przechadzkę po mieście. Nie trwa ona jednak zbyt długo, gdyż bardzo szybko zaczyna padać deszcz. Najpierw kilka kropel, a potem już z nieba leją się wiadra wody. Przed najgorszym deszczem udaje się nam uciec do hotelu. Bardzo szybko ulewa przeradza się w burzę z piorunami. Pierwszy raz spotykamy się z taką burzą. Waliło piorunami i grzmiało tak, że wydawało się, że trzęsą się ściany. Trochę boimy się na początku, czy to aby normalne i czy zaraz nie będzie jakiejś ewakuacji, ale szybko przyzwyczajamy się do takiej pogody. Szybki prysznic i idziemy spać, wsłuchując się w grzmoty na zewnątrz;) Jutro Langkawi!

 

Ponowna wizyta na Penang!

Jak pewnie zauważyliście, niewiele było informacji o samym George Town w tym wpisie. Najwięcej czasu zeszło nam na zwiedzaniu samej wyspy. Sami byliśmy potem rozczarowani tym, jak niewiele czasu spędziliśmy w tym fascynującym mieście. Podczas naszej półrocznej podróży po Azji postanowiliśmy odwiedzić to miasto raz jeszcze. Pełny post o George Town znajdziecie pod tym linkiem.

Powiązane posty

Powrót do góry strony