Wyspa Eysturoy

Eysturoy jest drugą największą wyspą archipelagu Wysp Owczych. Połączona jest z sąsiadującą wyspą Streymoy za pomocą mostu, a z wyspą Bordoy za pomocą podwodnego tunelu. Na wyspie znajduje się aż 66 wierzchołków górskich, w tym najwyższy szczyt całego archipelagu – Slættaratindur. Wyspa ta jest naprawdę warta odwiedzenia.

Dojazd na Eysturoy

Przejazdy tunelami łączącymi wyspy są płatne. Żeby dotrzeć na wyspę Eysturoy trzeba przejechać jednym tunelem, łączącym wyspy Vágar i Streymoy. Aktualne ceny można znaleźć na stronie tunnil.fo. Teoretycznie można kupić subskrypcję umożliwiającą tańsze przejazdy, ale trzeba to zweryfikować w wypożyczalni samochodów, z której planujemy skorzystać. W naszym przypadku nie mogliśmy kupować subskrypcji, ale mieliśmy jeden darmowy przejazd i zniżkę na kolejne. Wypożyczalnia Unicar pobrała od nas zaliczkę,z której później opłaciła nasze przejazdy – nie musieliśmy nic robić samodzielnie.

Po wyspach jeździ się raczej bezproblemowo. Na drogach panuje mały ruch, często poruszamy się jedyną drogą prowadzącą w dane miejsce, więc ciężko się zgubić. Trzeba tylko uważać na owce. Na archipelagu jest nawet specjalny departament zajmujący się wyłącznie wypadkami z udziałem owiec 🙂 Każde zdarzenie z udziałem zwierzaka trzeba zgłosić i uiścić jakąś opłatę za jego zabicie lub okaleczenie.

Nasze autko

Dojazd z Miðvágur do pierwszego punktu widokowego na wyspie Eysturoy zajmuje nam prawie 1 godzinę. Jest to miejsce z którego możemy obserwować wodospad Fossá na wyspie Streymoy. Zatrzymujemy się tu na chwilę, po czym jedziemy dalej na północ.

Wodospad Fossá

Eiði

Eiði jest miejscowością znajdującą się na północno-zachodnim krańcu wyspy Eysturoy. Podjeżdżamy do końca drogi i parkujemy w pobliżu boiska Á Mølini, które pełni też rolę campingu. Chwilę obserwujemy tutejsze owcze, po czym ruszamy w stronę wybrzeża. Z tego miejsca można podziwiać wodospad wpadający prosto do oceanu, a w tle górskie szczyty. Nazwy wodospadu niestety nie znamy. Krążąc po skalistym wybrzeżu natykamy się na dużą ilość zagłębień wypełnionych wodą, jet też dużo intensywnie zielonych porostów. Całość sprawia bardzo dobre wrażenie.

Miasteczko Eiði Widok na wodospad przy miasteczku EiðiPodziwiamy wodospad przy miasteczku Eiði

Slættaratindur

Slættaratindur jest to najwyższy szczyt Wysp Owczych. Wnosi się na wysokość 880 m. W pogodny dzień można stąd podziwiać 18 wysp archipelagu. Na górę prowadzą dwa szlaki – od parkingu w Eiðisskarð (trasa na górę zajmuje około 1h) lub z Gjógv (podejście zajmuje ok 4h). My decydujemy się na krótszy z nich. Z Eiði wąskimi dróżkami jedziemy do góry w kierunku Eiðisskarð. Parking znajdujemy bez większych problemów.

Jezioro na Eysturoy Droga prowadząca do Eiðisskarð

Trasa na szczyt nie jest zbyt wymagająca. Jednak podejście może utrudniać pogoda, która lubi szybko się zmieniać. Początkowo mamy dobrą widoczność, więc sprawnie trawersujemy trawiaste zbocze. Jednak po pewnym czasie pogoda zaczyna się załamywać. Zaczyna padać grad. Po chwili przestaje, ale część gór zaczynają zasłaniać chmury i mgła. Im wyżej, tym jest też coraz zimniej i wieje coraz mocniejszy wiatr.

Szlak prowadzący na Slættaratindur

Jak dochodzimy do grani to zatrzymujemy się, żeby zrobić kilka zdjęć. Tutaj jeszcze leży śnieg. Dalsza trasa prowadzi po dużych, ośnieżonych i oblodzonych kamieniach. Mamy wątpliwości czy iść dalej czy zawrócić, bo nie wiemy jaki dystans trzeba będzie jeszcze pokonać w takich warunkach. W międzyczasie dogania nas para z Holandii. Decydują się iść dalej, ale chwilę później zawracają i stwierdzają, ze to zbyt ryzykowne.

Zmienna pogoda w drodze na Slættaratindur

Mija nas kolejna para. My nadal stoimy niezdecydowani, marznąc na zimnym wietrze. Po jakimś czasie wracają i mówią, że jesteśmy już praktycznie pod samym szczytem. Wystarczy pokonać kilka kamieni i już. Dodatkowo okazuje się, że wierzchołek jest szeroki i płaski. I co ciekawe tam podobno w ogóle nie wieje! Wobec tego decydujemy się iść dalej. Po chwili docieramy do celu Cieszymy się , że nie odpuściliśmy tak blisko.

Widok ze szczytu Slættaratindur

Wierzchołek faktycznie jest płaski i całkiem duży (Slættaratindur znaczy – płaski szczyt). Mimo, że nie wieje i tak jest bardzo zimno. Ale za to widok jest niesamowity! Przeczekujemy mgłę i mały opad deszczu ze śniegiem, po czym robimy sobie małą sesję fotograficzną.

Wiedźmak na szczycie Slættaratindur Slættaratindur - widok na inne wyspy archipelagu

W dół idzie się szybko i sprawnie. Docieramy do samochodu i w końcu możemy się napić ciepłej herbaty. Obserwujemy jak na parking podjeżdża autobus z którego wysypują się turyści. Grupa wygląda na lokalną szkolną wycieczkę. Młodzież ubrana jest w dresy i gumiaki 😀 Opiekun zagaja nas czy trudno jest wejść na górę. Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że są to Farerowie, ale jeszcze nigdy tu nie byli!

Gjógv

Kolejnym punktem na naszej drodze jest miejscowość Gjógv. Znajduje się ona na północno-wschodnim krańcu wyspy. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest wąwóz wcinający się w morze. Można zejść po schodach i zobaczyć go z dołu, gdzie prezentuje się o wiele lepiej, niż z góry.

Wąwóz w Gjógv

Kawałek dalej zaczyna się ścieżka (zaczyna się zaraz za publiczną toaletą) prowadząca przez pastwiska na pobliski klif. Ze ścieżki można spojrzeć w głąb lądu na miasteczko Gjógv. Można też patrzeć na morze i masywne klify wyspy Kalsoy. Cały szlak jest dość długi trzeba na niego poświęcić kilka godzin, ale jeśli nie mamy na to czasu warto chociaż przejść się kawałek na kraniec klifu.

Kalsoy widziany z Eysturoy Gjógv Kolorowe domy w Gjógv Ogród jednego z budynków w Gjógv

Sekretny punkt widokowy 😉

Po wyjeździe z miasteczka postanawiamy zatrzymać się jeszcze przy jednym, nieoznaczonym punkcie widokowym. Jedziemy drogą wyjazdową. W pewnym momencie ma ona kształt litery S. Przejeżdżamy przez kratę w drodze (pręty blokujące bydło) i zatrzymujemy się w małej zatoczce dla samochodów.

Ruszamy zboczem prosto do góry. Musimy jeszcze wypatrzeć drewniane schodki, które umożliwiają przejście przez ogrodzenia. Następnie idziemy w górę trzymając się ogrodzenia, aż do krawędzi klifu. Jest tu dość stromo, ale gdy wyjdzie się na szczyt naszym oczom ukazuje się jeden z najbardziej imponujących widoków z Wysp Owczych. Ale należy zaznaczyć, że tu wieje. A właściwie to WIEJE. Albo lepiej – piździ jak w kieleckim 😉 Można spokojnie pochylić się nawet na 30 stopni i człowiek nie traci równowagi. Albo można zabawić się w szybowca. Niestety do wiatru dołącza deszcz, więc spędzamy na górze tylko chwilę po czym zbiegamy do samochodu.

Jeden z punktów widokowych na Eysturoy Eysturoy - punkt-widokowy

Funningur

Ostatnim punktem podróży po wyspie jest Funningur. Jest to kolejna maleńka wioska, jednak warto się tu zatrzymać ze względu na bardzo ładnie położony kościół. Dach budynku porasta trawa, obok płynie mała rzeczka, a w tle widać klify sąsiedniej wyspy.

Kościół i rzeczka w Funningur

Kilka ciekawostek z Wysp Owczych

Po zrobieniu zdjęć kościółka i obejściu miejscowości okazuje się, że gdzieś zapodzialiśmy dekielek do obiektywu. Szukając jej przy kościele zaczynamy rozmowę z jednym z mieszkańców wioski. Jest to starszy mężczyzna. Pracował kiedyś na kutrach rybackich, które robiły połowy przy Islandii i Grenlandii. Opowiada nam różne ciekawe historie. Trochę o powstaniu wyspy i o pierwszych osadnikach. O tym, że nie lubi mieszkać w dużym mieście i dlatego przeprowadził się do Funningur. Dowiadujemy się też, że mieszka tu nawet Filipinka! Pewnie rozmawialibyśmy nieco dłużej, ale zaczyna się ściemniać i robi się zimno. Powoli trzeba już wracać.

Po powrocie do domu rozmawiamy jeszcze chwilę z Anniką (naszą gospodynią). Dowiadujemy się kolejnych ciekawostek.

Wełna tutejszych owiec jest wodoodporna, ale bardziej szorstka niż ta z owiec z Islandii. Za to bardzo dobrze grzeje 🙂 Drzewa są rzadkością na Wyspach Owczych i rosną głównie przy domach, w miejscach gdzie zostały posadzone przez ludzi. Na wyspach dominuje trawa, którą mieszkańcy sadzą nawet na dachach. Trzeba ją 2-3 razy w roku przyciąć kosiarką i ponoć bardzo dobrze izoluje. Nawet niektóre nowoczesne domy mają tu dachy pokryte trawą. Elektrownie wiatrowe są tu robione na zamówienie. Muszą być zmodyfikowane na potrzebę pogody na wyspach. Normalne szybko się psują i są mało wydajne bo na wyspach jak wieje, to zwykle krótko, ale bardzo intensywnie.

Powiązane posty

Powrót do góry strony