Przejdź do treści głównej

Cameron Highlands i pola herbaty

Nasz pierwszy dzień w Cameron Highlands zaczęliśmy od śniadania w lokalnej knajpce. Na śniadanie zamawiamy naleśniki po Malezyjsku. Jest to składany placek z różną zawartością – owoce, czekolada itp. Wybór jest spory, a ceny wahają się pomiędzy 1,5 a 5RM. Zamawiamy jednego z masłem orzechowym oraz kokosem, drugiego z serem i jajkiem. Całość je się palcami. Rwie się kawałek placka i macza w sosie. Sami prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy jak się do tego zabrać, ale w czasie gdy nasze placki były przygotowywane, podejrzeliśmy w międzyczasie siedzącą obok nas parkę:) Zamówili dokładnie to samo i chyba wiedzieli jak się do takiego placka zabrać:) Monika zamówiła naleśnik po indiańsku z trzema sosami. Technika ta sama, a placek tak samo dobry.

Śniadanie w Tanah Rata, Cameron Highlands

Cameron Highlands – plantacje herbaty

Po śniadaniu udajemy się z Paulem na wycieczkę do Cameron Highlands. Paul mówi, że zabierze nas na plantacje herbaty. Wybór padł na plantację Boh, która podobno jest jedną z najładniejszych.

Po kilkunastu minutach w samochodzie widzimy pierwsze wzgórza pokryte uprawami herbaty. Widok na otaczające nas pola herbaty robią wrażenie, nic dodać nic ująć. Wyglądają z daleka jak zielone wzgórza, pokryte różnymi bruzdami. Paul proponuje, żebyśmy zaczęli od odwiedzenia fabryki oraz restauracji, która znajduje się na końcu drogi – Boh Sungai Palas Tea Estate.

Na początek kilka faktów na temat tej plantacji herbaty. Możemy je przeczytać na tabliczce znajdującej się przy budynku. Fabryka została zbudowana w 1935 roku, znajduje się na wysokości 1505m nad poziomem morza. Ma w sumie 234 hektary i produkuje 600,000 kg herbaty na rok, co przekłada się na około 820,000 kubków herbaty każdego dnia. Całkiem imponujące statystki. Zwiedzanie zaczynamy od wyjścia na taras widokowy. Sam taras jest częścią kawiarni, gdzie można spróbować herbaty z plantacji. Po wyjściu na otwarty taras, widać rozciągające się pola herbaciane. Widok jest naprawdę ładny.

W tym samym budynku Paul pokazuje nam narzędzia, dzięki którym można zbierać liście herbaty. Pierwsze narzędzia, które ludzie używali do zbierania herbaty, były ręczne. Wygląda to jak gigantyczne nożyce z przytwierdzonym do nich koszem. Drugie było już nowoczesne (spalinowe). Dzięki tym narzędziom jeden człowiek jest w stanie nazbierać około 120 kilogramów herbaty w ciągu dnia.

Potem przechodzimy do kolejnego budynku – fabryki. Można w nim zobaczyć proces tworzenia herbaty. Jakie kroki przechodzą liście, żeby stać się herbatą, którą kupujemy w sklepach. Wchodzimy korytarzem i zza przezroczystych szyb,  możemy oglądać pracujących tam ludzi oraz maszyny. Na ścianach wiszą kartki z opisem całego procesu. Wstęp do fabryki jest darmowy. Warto wspomnieć, że do fabryki warto wejść dla samego zapachu. Herbata pachnie bajecznie, zapach jest bardzo intensywny, ale jednocześnie przyjemny.

Potem na moment wracamy do budynku z tarasem widokowym. Oprócz kawiarni znajduje się w nim także sklep, w którym można kupić lokalną herbatę. Przed zakupem, można jej spróbować w małym kubeczku. Szczerze powiedziawszy, jest to jedna z najlepszych herbat jakie piłem w życiu. Kupujemy 2 puszki herbaty oraz ładną pocztówkę. Patrząc z perspektywy czasu i pobytu w Polsce, żałujemy, że nie kupiliśmy jej więcej;/ Smakuje dużo lepiej od herbat, które możemy dostać w naszych sklepach.

Chcemy się przejść kawałek przez pola herbaciane, jednak Paul name to odradza. Twierdzi, że nie ma tam pieszych szlaków. My jednak widzimy chodzących tam ludzi. Drugą sprawą jest to, że bardzo często ścieżki, które znajdują się pomiędzy krzakami herbaty, są nachylone pod bardzo dużym kątem. Łatwo się poślizgnąć i na przykład skręcić sobie kostkę. Pozostaje nam odpuścić sobie trekking pomiędzy polami herbacianymi w Cameron Highlands.

Po chwili zjeżdżamy samochodem nieco niżej. Paul zatrzymuje się przy drodze, obok dużego głazu, pośrodku pół herbacianych. Wydaj mi się, że to jedno z bardziej fotogenicznych miejsc. Świadczy o tym między innymi duża liczba zatrzymujących się tam ludzi. Na miejscu możemy się kawałek przejść pomiędzy krzakami herbaty i zrobić 100tki zdjęć. Szczerze powiedziawszy, Cameron Highlands to jedno z najładniejszych miejsc w jakich zdarzyło mi się postawić nogę:)

Bee farm

Kolejnym punktem programu, jaki wymyślił dla nas Paul, jest wizyta w pasiecie – Bee farm (pszczela farma). Znajduje się ona niedaleko pól herbaty przy Cameron Highlands. Wstęp kosztuje 5RM od osoby. Moim zdaniem nie warto tam zaglądać, no chyba, że ktoś lubi pszczoły. Jest tam kilka uli, parę kiczowato wyglądających, dużych rzeźb owadów. W dodatku wiele z budynków jest w budowie lub remoncie. Chyba najładniejszym elementem są tam kwiaty, których prawie na pewno nie spotkamy w Polsce. Na miejscu znajduje się także sklepik, w którym można kupić różne rzeczy takie jak miód czy truskawki.

Pszczoły w Cameron Highlands

Butterfly farm

Z pasieki udajemy się do Butterfly farm w Cameron Highlands. W porównaniu do Bee farm, mini zoo z motylami jest o wiele ciekawsze. Wstęp kosztuje 5RM od osoby. Wchodzimy do swojego rodzaju klatki, w której, oprócz bardzo ładnych roślin, latają dziesiątki motyli. Niektóre z nich są ogromne – nawet 10cm rozpiętości skrzydeł! Fajne jest to, że motyle fruwają sobie wokół nas. Jest więc szansa na to, że któryś z nich siądzie na jednym z nas. Oprócz motyli, znajdują się tam także inne zwierzęta. Część z nich (na szczęście) jest zamknięta w klatkach. Mowa tu o pająkach, wężach, skorpionach i innych. Dodatkowo możemy tam zobaczyć żółwie, gigantyczne żaby, patyczaki i wiele innych. Spędzamy tam około 45 minut. Miejsce godne polecenia;)

Robertson’s Rose Garden

Kolejnym punktem programu jest ogród różany przy Cameron Highlands. Nie jesteśmy specjalnie przekonani do tego pomysłu. Dużo kwiatów widzieliśmy już w poprzednim miejscu. Ale pan przy kasie obiecuje wspaniałe widoki ze szczytu wzgórza. Decydujemy się na wejście. Wstęp – 5RM za osobę.

Cool view!

Sam ogród jest spory. Rosną tam różne odmiany i gatunki kwiatów, ale nie tylko. Samych tytułowych róż jest natomiast niewiele.

Aby zobaczyć obiecany widok musimy wyjść na sam szczyt wzgórza, co oznacza kilkadziesiąt schodów do pokonania. Docieramy do szczytu oglądając różne rośliny i rzeźby smoków, krasnali i innych tym podobnych. Będąc na szczycie, widok, który miał być cool, wcale nie jest. Składają się na niego głównie hotele, szklarnie, namioty i plantacje. Uważam, że dla samej panoramy ze wzgórza, nie za bardzo opłaca się tracić tam czas. Chyba, że jesteśmy fanami flory, wtedy to punkt obowiązkowy;)

Brinchang

Zaraz po ogrodzie różanym jedziemy do małego miasteczka Brinchang, żeby zjeść lunch. Paul ponownie zabiera nas do chińskiej knajpy. Będąc zachęceni wczorajszą kolacją, również spożytej w chińskiej restauracji, ochoczo przystajemy na jego propozycję. Tym razem na naszych talerzach znalazł się lemon chicken – pierwsza klasa, bardzo dobrze doprawiony i smaczny:) Do tego zamawiamy jeszcze warzywa z krewetkami oraz krewetki z soją. Wszystko kosztuje około 10RM za potrawę. Co warto zauważyć, że bardzo drogie mają tutaj piwa. Ceny wahają się od około 12 do 16RM za butelkę.

Kurczaka można przyrządzić na 1000 i 1 sposobów

Tak przynajmniej twierdzi Paul. Zastanawiające jest to, że mimo, iż kurczaka było można dostać w każdej knajpie, to na ulicach czy we wsi o widok chodzącej kury jest ciężko.

Paul podwozi nas jeszcze na lokalny targ. Jest tam cała masa różnego rodzaju owoców i warzyw. Jak się okazało Malezyjczycy mają bzika na punkcie truskawek. Są tam całe stoiska na których do kupienia są gigantyczne pluszowe truskawki, breloczki, obrazki i mnóstwo innych rzeczy związanych z truskawkami.

Na targu kupujemy miodowe jabłko, które wcale nie smakowało jak jabłko, ale było bardzo dobre. Miodowe pomarańcze – super słodkie, oraz truskawki, które smakują tak samo jak nasze polskie odmiany. Dziewczyny jeszcze skusiły się po moich namowach na spróbowanie duriana. Ja miałem okazję próbować go wcześniej i wiedziałem, że one też muszą go spróbować. Durian to bardzo popularny owoc w Malezji, jak i większej części Azji. Nie chcę tu za wiele zdradzać, żeby nie zepsuć niespodzianki, ale Duriana trzeba przynajmniej raz w życiu skosztować. Kto próbował, wie o czym mówię:)

Sam Poh Temple

Po lunchu zaplanowane mamy jeszcze 2 miejsca w Cameron Highlands. Pierwsze z nich to chińska świątynia Sam Poh Temple. Jest to jedna z pierwszych świątyń, jakie mamy okazji zobaczyć w Malezji. A musicie wiedzieć, że jest ich tam mnóstwo. Każda z nich ma swój osobny styl i klimat. Mimo tego, że mogą być do siebie podobne, każda z nich cechuje się czymś charakterystycznym.

Sam Poh Temple to utrzymana w chińskim stylu świątynia z dużą ilością rzeźb. Warto przy takich miejscach zwracać uwagę, czy nie wisi gdzieś znak, mówiący, że należy zdjąć buty. Jest to bardzo ważne. Wejście w butach do świątyni czy meczetu, gdzie powinno się chodzić boso (lub w skarpetkach), to oznaka wielkiej zniewagi. Nie ma obaw przed zostawianiem butów na zewnątrz, przed schodami itp. My na początku baliśmy się trochę, czy gdy wyjdziemy, nasze buty wciąż tam będą. Jednak po pewnym czasie przyzwyczailiśmy się do tego  i nie mieliśmy oporów przez zostawianiem butów.

Sama świątynia robi na nas wrażenie, jest bardzo bogato wystrojona, dużo pozłacanych figur, rycin na ścianach. W środku czuć było tak jakby spokój. Jest to miejsce do wewnętrznego wyciszenia się.

Naszą uwagę zwraca  symbol wyrzeźbiony pod statuą smoka, znajdującego się na dziedzińcu. Na początku myślimy, że to swastyka, ale Paul bardzo szybko wyprowadza nas z błędu.

Tak, wiele osób myli te dwa symbole. To nie swastyka, a sauwastyka. Sauwastyka ma ramiona odwrócone w przeciwną stronę i oznacza pokój. Odwrotne ramiona, czyli swastyka, symbol nazistów – oznacza gniew.

Po zwiedzeniu świątyni i okolic, udaliśmy się do kolejnego miejsca – Smokehouse.

Smokehouse

Smokehouse to nic innego jak hotel połączony z kawiarnią gdzie można wypić herbatkę i zjeść ciasteczko. Budynki są utrzymane w brytyjskim stylu. Widać, że to raczej luksusowe miejsce, w porównaniu do innych miejsc w Tanah Rata. Ceny mają też dość wysokie. Jeśli chcemy skorzystać z podobnej kawiarenki, a jednocześnie nie przepłacić, lepiej poszukać innej knajpy w Cameron Highlands. Parking jest otoczony wieloma kwiatami oraz inną roślinnością.

Spędzamy tam w sumie bardzo mało czasu. Wydaje mi się, że bardziej Paul był zachwycony tamtym miejscem niż my. Po naszej krótkiej wizycie, udaliśmy się z powrotem do miasta. Resztę dnia mieliśmy dla siebie.

Pierwszy trekking przez dżunglę

Nie bardzo wiemy co ze sobą zrobić. Sprawdzamy w przewodniku dostępne w Cameron Higlands trasy, a także dopytujemy o szczegóły w informacji turystycznej. Polecają nam szlaki numer 4 albo 5, bo są w miarę proste i przyjemne. Odradzają na pewno szlak numer 9, który podobno jest trudny i stromy. Pokazują nam orientacyjny kierunek, w którym mamy się udać, żeby znaleźć szlak. Będzie on oznaczony dużą, żółtą tablicą. Nie sposób się zgubić…

Tablicy nie znajdujemy. Pytamy za to miejscowych, którzy z kolei kierują nas w całkiem inną stronę, niż pani z informacji turystycznej. Po drodze trafiamy jeszcze na szkołę, gdzie w małej budce, pani sprzedaje lokalne produkty. Postanawiamy zapytać o drogę. Pani jest chyba najbardziej zorientowana w temacie. Mówi nam, że szlaki numer 4 i 5 są zupełnie w inną stronę. Za to całkiem niedaleko znajduje się miejsce zwane Robinson Falls. 10 minut piechotą stąd. Dalej znajdziemy też wejście na szlak. Po krótkich przemyśleniach i przekomarzaniu się z lokalnymi dzieciakami stwierdzamy, że spróbujemy tam dojść. Jest już co prawda około godziny 16, więc uznajemy, że pójdziemy do wodospadu i wrócimy.

Wodospad faktycznie znajduje się bardzo blisko. Co prawda nie powala nas jakoś szczególnie. Jest tam dość dużo śmieci, przez co odbiera to trochę uroku temu miejscu. Widzimy, że wzdłuż wodospadu wiedzie wspomniany wyżej szlak, więc postanowiliśmy, że pójdziemy nim przez chwilę. Chwila przeciągnęła się w dłuższą chwilę, a ta w jeszcze dłuższą. Dochodzimy do metalowej bramki. Kindze coś zaświtało, że o metalowej bramce było napisane w przewodniku. Sprawdzamy to szybko i okazuje się, że jesteśmy właśnie na szlaku numer 9! A dokładniej na rozwidleniu szlaków. Przez bramkę prowadzi szlak 9a, który, wedle przewodnika, jest bardzo trudny do pokonania. W lewo natomiast prowadzi dalej szlak o numerze 9, który jak przewodnik mówi,  jest wymagający, ale nie niemożliwy do pokonania. Z mapy wynika, że ścieżka łączy się później z jakąś drogą i wraca z powrotem do miasta, tworząc ładną pętelkę. Co prawda będzie trzeba wracać asfaltową drogą, ale nie wygląda to na długi odcinek. Kontynuujemy naszą wędrówkę szlakiem numer 9:)

Kilka słów o tym pierwszym spacerze przez dżunglę. Generalnie jest jak w filmie albo grze komputerowej. Dokładnie te same odgłosy i klimat jaki sobie człowiek wyobraża będąc samemu w dżungli. Na początku cały czas wydaje nam się, że coś po nas łazi, jakieś robaki czy inne małe owady. Wydaje się, że cały czas latają wokół nas komary. Coś lata, ale nie jest to komar. Trzeba patrzeć pod nogi. Widzimy dużego robala, który chowa się gdzieś między krzakami, a także kolonię mrówek, która nie ma końca. Idą gdzieś przed siebie w ładnym sznureczku. Trochę się obawiamy, że nagle z drzewa spadnie pająk albo wąż wypełźnie gdzieś zza krzaka. Przechodząc przez kałużę złapiemy jakaś pijawkę, albo to pijawka złapie nas. Mimo, iż jest duszno i gorąco, dziewczyny szły ubrane w bluzy i kurtki, jakby myślały, że da im to dodatkową osłonę.

Duża butelka wody jest obowiązkowa. W dżungli jest mega gorąco i parno, człowiek szybko się poci, dlatego uzupełnianie płynów jest bardzo ważne. Szlak idzie cały czas w dół. Nie polecamy go, na pewno po deszczu, bo będzie bardzo ślisko. Kilka razy zastanawiamy się, czy aby nie zawrócić. Końca szlaku nie było widać, ale z drugiej strony wiemy, że będzie trzeba iść dobre 2,5 godziny pod górę, żeby wrócić do wodospadu. Postanawiamy, że dojdziemy szlakiem do końca, przecież już nie może być daleko…

Jednak bardzo szybko się okazuje, że szlak staje się coraz trudniejszy. Wiele razy trzeba iść w kuckach, pod powalonymi drzewami, przepychać się pomiędzy nimi. Jest też tak, że powalone drzewa są na tyle duże, że trzeba się na nie wspiąć i zejść z drugiej strony. Szlak jest również bardzo wąski, więc trzeba iść gęsiego. Dodatkowo w dżungli robi się ciemno dużo wcześniej niż poza nią. Gęsta roślinność skutecznie zabiera część światła. Na domiar złego zaczyna padać i szlak robi się bardzo śliski. Momentami zamiast schodzić, zaczynamy się ześlizgiwać a końca trasy nie widać.

W pewnym momencie dochodzimy do prześwitu, z którego było widać małą farmę. Szybko decydujemy, że daleko tym szlakiem nie zajdziemy przy tych warunkach i postanawiamy udać się na widoczną farmę i zapytać o drogę powrotną. W oddali jakiś pan pracujący właśnie w polu macha nam i pokazuje w którą stronę mamy się udać, żeby dojść do drogi.

Przy drodze stoi mała chatka. Na ganku siedzi starsza kobieta, którą pytamy jak daleko do Tanah Rata. Niestety kobieta nie mówi po angielsku, ale za to cały czas się do nas uśmiecha. Po chwili z domku wychodzi starszy jegomość, który zna angielski i mówi, że do Tanah Rata to będzie jakieś 3 kilometry. Przybija nam piątkę i pokazuje w którą stronę mamy się udać.

Pada coraz mocniej, więc zakładamy peleryny. Idziemy najpierw bardzo wąską drogą, żeby zaraz potem dojść do głównej drogi prowadzącej do Tanah Rata. Wiemy przynajmniej, że jesteśmy na dobrej drodze. Zanim w ogóle zaczynamy iść w górę drogi, zatrzymuje się jakiś kierowca i pyta dokąd idziemy? Tłumaczymy mu gdzie chcemy się dostać. Stwierdził, że za 20RM nas podrzuci do miasta. Nie negocjujemy ceny, jako że pada intensywnie i jesteśmy też zmęczeni. Wsiadamy do samochodu. Kierowca okazuje się być hindusem. Nie mówi wiele, tylko pyta gdzie nas wyrzucić. 3 kilometry okazują się być ze 3 razy dłuższe. Jedziemy bardzo szybko i cały czas pod górę. W sumie to do przejścia mielibyśmy z 10 kilometrów, zanim dotarlibyśmy do miasteczka. Podziękowaliśmy mu gorąco za pomoc i udajemy się odpocząć do mieszkania. Leje nieprzerwanie, aż do wieczora.

Planowanie

W pokoju planujemy dalszą część naszej podróży. Kupujemy bilety samolotowe w AirAsia z Langkawi do Kuala Lumpur na 26stego. Cały czas jemy probiotyk który przywieźliśmy z Polski. Czy pomaga? Nie wiadomo, ale biegunki póki co brak. Stosujemy się także do wskazówek Paula i pijemy dużo wody, żeby się nie odwodnić.

Pyszna kolacja w Tanah Rata

Na kolację udajemy się do tej samej knajpy, gdzie jedliśmy rano śniadanie. Każdy z nas zamawia kurczaka z plackiem, oraz prawdziwy sok z wyciskanych owoców. Całość kosztuje 13RM. 9RM za kurczaka, 4 za sok. Palce lizać! Zwłaszcza soki przypadają nam do gustu. Zamawialiśmy je później gdzie tylko się dało 🙂 Kolacja bardzo obfita i smaczna.

Po kolacji w biurze turystycznym zamawiamy wycieczkę fakultatywną. Chcemy zobaczyć największy kwiat na świecie – Raflezję. Wycieczka ma się odbyć w dniu jutrzejszym. W dodatku udaje się nam dogadać z Paulem. Wcześniej pytaliśmy go czy jest możliwość pojechania na wschód słońca na pola herbaciane. Paul grymasił na początku i był przeciwny temu pomysłowi. Mówił, że niewiele będzie widać i w dodatku bardzo wcześnie trzeba będzie wstać. Jednak uparliśmy się na to. Potem przy kolacji Paul zmienił nastawienie. Wydaje nam się, że podpytał i posprawdzał co i jak i był bardzo pozytywnie nastawiony na nasz pomysł.

Jutro pobudka wcześnie rano! Jedziemy zobaczyć wschód słońca w Cameron Highlands na polach herbacianych!

Powiązane posty

Powrót do góry strony