Zatoka Ha Long i wyspa Cat Ba

Podróż do miasta Ha Long

Bilety na popołudniowy autobus z Ninh Binh do miasta Ha Long kupujemy w naszym hostelu za 400 000 VND. Po obiedzie pracownik pensjonatu odwozi nas  na przystanek autobusowy. Na miejscu okazuje się, że jedziemy niestety normalnym autobusem, a nie sypialnianym. Na szczęście udaje nam się zająć normalne miejsca, ale część osób wsiadających później, dostaje do siedzenia plastikowe taboreciki, które ustawiane są w przejściu między siedzeniami.

Początkowo kręcimy się w kółko po centrum zbierając ludzi. Trwa to około 45 min. Dopiero gdy autobus jest już wypchany do granic możliwości wyjeżdżamy z miasta. Okazuje się, że jednak w pojeździe jest jeszcze sporo miejsca bo po drodze dosiadają się kolejne osoby 🙂

Kiedy docieramy do Ha Long kierowca wysadza nas na obrzeżach miasta. Oczywiście na miejscu czekają już taksówki. Jest wieczór, ale decydujemy się iść na piechotę. Po drodze zaczepiają nas kolejni taksówkarze, jednak na rozmowę z jednym z nich decydujemy się dopiero po przejściu pierwszego kilometra. Kierowca zaklina się, że ma taksometr, więc cena będzie w granicach rozsądku. Trochę nieufnie decydujemy się wsiąść do samochodu. Taksówkarz faktycznie włącza taksometr i przejazd kosztuje nas 66 000 VND 😉

Miasto Ha Long

Miasto nie podoba nam się już od pierwszej chwili. Okolica (Bai Chai) wygląda jakby została zbudowana pod przyjezdnych. Dookoła znajdują się tylko hotele i restauracje, nie dostrzegamy lokalnych mieszkańców. Jesteśmy chyba jedynymi białymi turystami, oprócz dwóch pijanych Rosjan, którzy zapraszają nas na piwo. Reszta to sami Azjaci. A ceny jedzenia są kosmiczne.

Po rozpakowaniu bagaży idziemy poszukać czegoś do jedzenia. Na ulicy zaczepia nas Wietnamczyk zapraszający do lokalnej knajpki. Pokazuje nam menu – ceny są bardzo przystępne. Niestety nic nie rozumiemy, bo wszystkie pozycje są w języku wietnamskim. Pytamy czy możemy dostać angielską wersję. Dostajemy. Tylko ceny są w niej średnio 3 razy wyższe. Pytamy, które ceny w takim razie obowiązują? Oczywiście te wyższe. Na nasze pytanie czemu mają dwie różne wersje cenowe, słyszymy że to inna waluta jest. Aha…

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że podwójne menu jest częstą praktyką, w różnych turystycznych miejscach na świecie. Ale ciężko oszukiwać jak się już odsłoniło wszystkie swoje karty 🙂

Idziemy dalej i okazuje się, że ceny jedzenia wszędzie są mocno zawyżone. Ostatecznie najtańszą knajpą jest chyba ta, gdzie zobaczyliśmy podwójne menu. No ale tam nie możemy wrócić! Znajdujemy jedno miejsce gdzie można zjeść relatywnie tanie kanapki i dojadamy produktami kupionymi w lokalnym markecie.

Wyprawa na górę Bai Tho

Tak naprawdę do miasta Ha Long przyjechaliśmy tylko z jednego powodu. Chcemy udać się tu na punkt widokowy znajdujący się na górze Bai Tho, skąd można podziwiać setki skał wystających z wody, we wpisanej na listę UNESCO zatoce Ha Long. Niektórzy decydują się na 2 lub 3 dniowy rejs po zatoce. Jednym z punktów programu jest wspinaczka na inny punkt widokowy, znajdujący się na jednej z wysepek. Szukając w internecie informacji o Ha Long, natknęliśmy się na różne opinie dotyczące takich rejsów. W ten sposób powstał nasz własny plan zobaczenia zatoki 🙂

Z naszego hotelu (Party Halong Hotel*) łapiemy lokalny autobus, żeby dostać się z Bai Chai do Hon Gai, czyli do części miasta znajdującej się po drugiej stronie mostu. Bilety w jedna stronę kosztują 20 000 VND. Mówimy kierowcy gdzie chcielibyśmy wysiąść, więc autobus zatrzymuje się w pobliżu wejścia na górę Bai Tho. Okazuje się jednak, że znalezienie wejścia na szlak nie jest w cale takie proste. Jesteśmy w centrum miasta i nie widzimy żadnych oznaczeń gdzie powinniśmy iść. Na szczęści mamy aplikację maps.me.

Żeby dotrzeć do początku szlaku trzeba wejść w wąską uliczkę między domami. Dochodzi ona do zamkniętej bramy, na której powieszona jest czerwona tablica ostrzegająca o niebezpieczeństwie. Już mamy zawracać, ale podchodzi do nas kobieta, która mówi, że za opłatą można wejść na punkt widokowy. Płacimy 10 000 VND za osobę i idziemy.

Panorama zatoki Ha Long Widok ze szczytu Bai Tho

Prawie cała trasa prowadzi betonowymi schodami. Po drodze spotykamy jedynie Wietnamczyków. Raz mijamy nawet wycieczkę szkolną. Wejście jest dosyć męczące, głównie ze względu na wilgotność powietrza, ale widoki ze szczytu wynagradzają wszystkie trudy. Początkowo nie ma słońca, ale potem niebo przejaśnia się i obserwujemy oświetlone skały wystające z wody. Co ciekawe, na szczycie okazuje się, że dla pozostałych osób my stanowimy większą atrakcję niż zatoka Ha Long. Większość osób, albo robi nam ukradkiem zdjęcia, albo prosi o wspólną fotografię. Chyba mamy właśnie swoje 5 minut 🙂

Zdjęcie na tle zatoki Ha Long musi być! :) Zatoka Ha Long

Przy schodzeniu w dół zostajemy nawet zaproszeni przez grupę Wietnamczyków na mini piknik. Przysiadamy się i zostajemy poczęstowani różnymi lokalnymi dobrociami. Niestety nasz wietnamski jest na podobnym poziomie jak ich angielski, więc porozumiewamy się tylko na migi. Ale jest bardzo wesoło i miło 🙂

Podróż na Cat Ba

Wracamy do hotelu po rzeczy, które zostawiliśmy po wymeldowaniu się na recepcji. Po porannej wizycie na punkcie widokowym naszym kolejnym celem jest przedostanie się na wyspę Cat Ba. Idziemy na przestanek, z którego podobno  ma odjeżdżać autobus jadący do portu. Zamiast autobusu zatrzymuje się obok nas dużo taksówek, samochodów i motorów oferujących przejazd za jakieś szalone kwoty. Po godzinnym czekaniu idziemy zasięgnąć języka, bo mamy wątpliwości czy jest sens dłużej czekać. Okazuje się, że autobus jeździ tylko w wysokim sezonie, więc raczej się na niego nie doczekamy.

Wracamy na przystanek i zastanawiamy się co robić. W pewnym momencie zatrzymuje się taksówkarz twierdząc, że zabierze nas do portu (obecnie łódki odpływają na Cat Ba z wyspy, połączonej ze stałym lądem za pomocą mostu) za 100 000 VND. Następuje szybka kalkulacja ceny i chwilę później jedziemy taksówką. Oczywiście nie zostajemy wysadzeni przy publicznych łodziach, tylko przy jakimś prywaciarzu, zapewne koledze naszego kierowy. Ruszamy piechotą w stronę krańca wyspy. Docieramy do portu i kupujemy bilety na prom za 160 000 VND.

W zatoce Ha Long wszystkie statki wycieczkowe mają tą samą trasę Rejs po zatoce Ha Long Statek wycieczkowy w zatoce Ha Long

Tym sposobem mamy krótki rejs po zatoce Ha Long i płyniemy w inne miejsce niż wszystkie turystyczne statki. Jest przyjemnie i utwierdzamy się w przekonaniu, że godzina rejsu wśród skał jest w zupełności wystarczająca 🙂

Widok z pokładu statku w czasie rejsu na Cat Ba Wapienne skały w zatoce Ha Long Rejs na wyspę Cat Ba Przystań rybacka w zatoce Ha Long

Po dopłynięciu na Cat Ba musimy jeszcze powalczyć o transport do miasta. Przystań znajduje się niestety po drugiej stronie wyspy niż cała infrastruktura turystyczna. Do miasta kursuje autobus, ale musielibyśmy czekać 2h. Na szczęście jest z nami trochę innych turystów, więc można się targować z taksówkarzami. Udaje nam się grupą wynegocjować relatywnie rozsądną cenę. Wsiadamy do większego busa i ruszamy na drugą stronę wyspy.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze „na papierosa”. Właściwie to kierowca się zatrzymuje, wyłącza samochód i zostawia nas, twierdząc że zaraz wróci. Siedzimy zamknięci w samochodzie (kierowca zablokował drzwi). Widzimy jak mężczyzna pali papierosa i rozmawia z jakimś znajomym. Niektórym robi się gorąco więc postanawiają opuścić pojazd, jeśli nie drzwiami to oknami. Dzięki temu, kierowca szybko przybiega i ruszamy w dalszą drogę 🙂

W mieście sprawnie docieramy do naszego hotelu. Rozpakowujemy się i idziemy na popołudniowy spacer po okolicy. Na zakończenie dnia musimy też odwiedzić jeden z górujących nad miastem punktów widokowych!

Łódki w porcie Cat Ba Widok ze wzgórza górującego nad miastem Cat Ba

Zwiedzanie Cat Ba

Żeby zwiedzić wyspę postanawiamy wynająć rowery. Okazuje się, że nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać. W całym mieście można wynająć tandemy, albo skutery. Znalezienie kogoś, kto oferuje wynajem rowerów górskich zajmuje nam rano dobrą godzinę. Sprawdzamy sprzęt, płacimy 150 000 VND  i ruszamy w drogę.

Najpierw kierujemy się w stronę parku narodowego, znajdującego się ok 14 km od miasta. Do pokonania są 3 spore wzniesienia, więc trasa jest dość męcząca. Ale za to, po wyjeździe z miasta droga jest praktycznie pusta. Słońce rzadko przebija się przez warstwę chmur, więc upał jest do zniesienia.

Droga prowadząca do parku narodowego na wyspie Cat Ba

Przy wejściu do parku jesteśmy zaczepiani przez naganiaczy, którzy próbują nam oferować płatny parking rowerowy. Ignorujemy ich i zostawiamy rowery za bramą wejścia do parku. Bilety kosztują nas 80 000 VND. Park narodowy jest nawet spory, ale trudno się w nim zgubić bo jest tylko jedna ścieżka. Trasa prowadzi na szczyt Ngu Lam, skąd rozpościerają się cudowne widoki.

Park narodowy na wyspie Cat Ba Zwiedzamy park narodowy na wyspie Cat Ba Widok ze szczytu Ngu Lam Panorama parku narodowego na wyspie Cat Ba

Podążając leśną ścieżką napotykamy dużo różnych zwierzątek. Od krabów, motyli i gigantycznego pająka po futrzaka, przypominającego cywetę. Z odchodów tego zwierzątka produkuje się najdroższą kawę świata – Kopi Luwak. W Wietnamie można jej nawet spróbować. 😊

Pająk w parku narodowym na Cat Ba

Po południu wracamy do miasta i podjeżdżamy na lokalną plażę, żeby zobaczyć jak wygląda. Widzimy tłum ludzi i jakoś specjalnie nie mamy ochoty się tam rozkładać. Ale jeśli ktoś chce odpocząć warto wiedzieć, że jest taka możliwość.

Oddajemy rowery i idziemy na kolejny punkt widokowy znajdujący się w, znajdującym się na pobliskim szczycie, forcie. Fort służył kiedyś do obrony wyspy, teraz jest przerobiony na atrakcję turystyczną. Rozpościera się tam ładny widok na zatokę. Znajdują się tam armaty, bunkry, skrzynie z amunicją i inne upamiętniające historię sprzęty i obiekty.

Fort n wyspie Cat Ba Widok z fortu na zatokę Ha Long Zachód słońca nad wyspą Cat Ba

* A teraz ciekawostka dotycząca Halong Party Hotel. Na TripAdvisor pojawiają się niepochlebne opinie, że kradną tam rzeczy z plecaków zostawionych na recepcji. Po przeczytaniu tych wpisów, kiedy szliśmy na punkt widokowy Bai Tho, profilaktycznie zabraliśmy ze sobą wszystkie wartościowe rzeczy. I po otwarciu plecaka, który tam zostawiliśmy wyszło na to, że ktoś grzebał w środku… Na szczęście nic nie zniknęło, ale grzebali w kosmetykach i innych częściach plecaka.

Powiązane posty